Strona główna | Psychologia, pedagogika | Seks, prochy i zespół Aspergera. Przewodnik po dorosłości dla osób z zespołem Aspergera
Seks, prochy i zespół Aspergera. Przewodnik po dorosłości dla osób z zespołem Aspergera
Autor: Luke Jackson
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
ISBN: 978-83-233-4403-2
Data wydania: 2018
Liczba stron: 224/B5
Oprawa: miękka
Cena: 45,90 zł 42,69 zł
Dostępność: 24 godziny

Poleć znajomemu

Do schowka

Szczera opowieść o dorastaniu.

Niepowtarzalne połączenie poradnika i autobiograficznych przemyśleń autora – młodego mężczyzny z zespołem Aspergera – do których doszedł, wkraczając w dorosłość. W pełen humoru sposób przedstawia największe wyzwania, z jakimi muszą się zmierzyć nastolatkowie i młodzi dorośli z ASD w czasach szkolnych, studenckich czy w pierwszej pracy. Jego trafne uwagi i wskazówki pomagają poradzić sobie z problemami wrażliwości sensorycznej, presją otoczenia, znęcaniem się oraz budowaniem relacji towarzyskich i intymnych. Jackson nie boi się przy tym takich tematów, jak seks, narkotyki czy alkohol. Opowiada o nich z rozbrajającą szczerością, a co najważniejsze – w zgodzie z logiką aspich!


To pozycja obowiązkowa dla nastolatków i młodych dorosłych z zespołem Aspergera, ich rodziców, bliskich oraz wszystkich specjalistów zajmujących się zaburzeniami ze spektrum autyzmu

Seks, prochy i zespół Aspergera to jedna z moich ulubionych książek tego roku. Luke Jackson dostarcza czytelnikowi dogłębnej analizy wielu zagadnień związanych zarówno z zespołem Aspergera, jak i ze spektrum autyzmu. Porusza takie kwestie, jak zatrudnienie, zastraszanie, seksualność, związki i wiele innych. Społeczność osób ze spektrum autyzmu oraz inni czytelnicy skorzystają z tych bardzo potrzebnych porad i argumentów”.
Dr Stephen M. Edelson, dyrektor wykonawczy Autism Research Institute (autism.com), San Diego, California

„Przystępna, szczera lektura obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy pragną lepiej zrozumieć dojrzewanie ludzkiej duszy – autystycznej czy też każdej innej”.
Dr Stephen Mark Shore, adiunkt kliniczny w dziedzinie specjalnych potrzeb edukacyjnych, Adelphi University, New York

Luke Jackson – w dzieciństwie zdiagnozowano u niego zespół Aspergera. Ma siódemkę rodzeństwa, w tym jednego brata z ADHD i drugiego z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Jest pisarzem i wygłasza publiczne przemówienia dotyczące ASD. W swoich książkach opisuje codzienne wyzwania i trudności, z jakimi muszą sobie radzić osoby z zespołem Aspergera oraz problemami z wrażliwością sensoryczną

Nie znaleziono szczegółowych informacji o autorze

Poznajcie moją rodzinę

Najpierw chciałbym powiedzieć, że będąc jednym z ośmiorga dzieci, nigdy nie obawiałem się napisania tego podrozdziału. Zanim jeszcze zacznę wchodzić w szczegóły, powstanie co najmniej osiem zdań.

Jesteśmy nietypową rodziną, w której pełno jest osobliwości i dziwactw. Co uderzające, mimo że jest nas ośmioro, wszyscy się różnimy. Nie jestem pewien, jak do tego doszło, ale wydaje mi się, że jest to wynik świadomych starań każdego z nas. Chociaż nie mogę mówić za innych, ja sam zawsze odczuwałem ogromny strach przed utratą swojej indywidualności. Teraz wydaje się to paradoksalne – jedną z wielkich zalet autyzmu jest to, że wyróżnianie się z tłumu nigdy nie stanowi problemu.

Aby ułatwić czytanie, przedstawię wszystkich w chronologicznej kolejności. Ma to sens pod względem płynności, jak również dlatego, że takie jest życie – stanowi ono po prostu serię wydarzeń w porządku chronologicznym.

Matthew jest najstarszy z nas. Ma 30 lat, 195 cm wzrostu, a jego rozmiar buta to 47. Samo to nie jest niczym niezwykłym, ale fakt, że urodził się jako jedno z najmłodszych dzieci w Wielkiej Brytanii, dokładnie w 24. tygodniu ciąży. Ważył mniej niż pół kilograma, jego życie stało pod znakiem zapytania, ale udało się. Ponieważ ominął ważne etapy rozwoju i wykazywał problemy w sferze komunikacyjnej i społecznej, zdiagnozowano u niego dyspraksję i PDD-NOS (całościowe zaburzenie rozwoju niezdiagnozowane inaczej). (W owym czasie w rzeczywistości był to autyzm tylko bez stawiania krzyżyków przy wszystkich kryteriach diagnostycznych). W związku z trudnościami w szkole rozpoznano u niego dysleksję. Fakt, że ten człowiek, który ze względu na dysleksję z trudem zdał gimnazjalny egzamin końcowy, pracuje teraz jako administrator w Ministerstwie Obrony, świadczy o tym, że zaszły ogromne zmiany.

Rachel ma 29 lat i rządzi się własnymi prawami – jest pewna swoich umiejętności i wykorzystuje tę pewność, aby osiągnąć zamierzone cele. Ma duszę artystki i jest niezwykle towarzyska. Jeśli mam być szczery, kiedy dorastałem, Rachel była dla mnie pewnego rodzaju „wzorcem społecznym”; wiele się od niej nauczyłem na temat norm społecznych, komunikacji i nawiązywania przyjaźni. Nie wszystko było właściwe, ale z pewnością pomocne.

Sarah ma 27 lat i jest jedną z najbardziej interesujących osób, jakie znam. Urodzona lingwistka, ukończyła studia na kierunku romanistyka, przez dwa lata mieszkała we Francji, po czym przeniosła się do Hiszpanii, gdzie właściwie w ciągu tygodnia przyswoiła sobie język hiszpański. Jest utalentowaną poliglotką, biegle władającą językami francuskim i hiszpańskim. Od czasu do czasu zdarza jej się zapomnieć jakieś angielskie słowo i, szczerze mówiąc, jest to bardzo zabawne. W trakcie studiów zdiagnozowano u niej zespół Aspergera i zaburzenia przetwarzania słuchowego; a ponieważ dłużej przetwarzała słowa, miała problemy z egzaminem ustnym. Każde zdanie trzeba jej było powtórzyć dwa lub trzy razy – żeby to jej umożliwić, konieczne było postawienie diagnozy.

Anna ma 22 lata i jest dla mnie kimś w rodzaju pokrewnej duszy. W młodszym wieku byliśmy sobie bardzo bliscy, potem trochę się od siebie oddaliliśmy, żeby znowu się do siebie zbliżyć. Jest to – jak się wydaje – zmiana okresowa: dzielimy ten sam pociąg do przygody, czasami nie ma jej więc kilka miesięcy, a nawet lat. Kiedy jednak znowu się spotykamy, szybko udaje nam się wrócić do tych samych relacji co wcześniej. Oczywiście zdarzały się wyjątki, w końcu byliśmy rodzeństwem, ale gdy dorastaliśmy Anna była bardzo tolerancyjna. Jeśli chodzi o poglądy ludzi na temat dorastających chłopców z autyzmem, Anna przyjmowała dosyć niezmienne stanowisko. Wyglądało to mniej więcej tak: osobą, która miała prawo nazywać nas dziwakami, była tylko ona – i biada tym osobom spoza rodziny, które się na to odważyły. Anna podjęła pracę związaną ze sprawowaniem opieki, wykorzystując swoją empatię, dzięki której w młodości mieliśmy tak dobre relacje.

Jedną z najtrudniejszych rzeczy, jeśli chodzi o napisanie tego rozdziału, było zachowanie pewnej bezstronności, i tak właśnie jest w przypadku Joego. Dorastanie z nim było trudne – wcześnie zauważono, że miał on „skłonności do nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi”, a później oficjalnie zdiagnozowano u niego ADHD i autyzm z zaburzeniami współistniejącymi. Joe nie okazywał szacunku dla własności, co było spowodowane jego osobistym brakiem zainteresowania tymi rzeczami w połączeniu z brakiem teorii umysłu, która pozwalałaby mu uzmysłowić sobie, że inni ludzie mogą mieć odmienne uczucia. Od tej pory Joe się zmienił – rozwinęło się u niego uczucie empatii, a jego apatyczna strona nieco osłabła.
Ben ma teraz 17 lat i jest zupełnie inny niż to pozbawione umiejętności werbalnych, poważnie autystyczne dziecko, jakim był w ostatnich latach. Urodzony przed terminem, Ben został bardzo wcześnie zdiagnozowany jako dziecko autystyczne z porażeniem mózgowym. Istniała niewielka szansa na to, że kiedykolwiek będzie mógł chodzić, mimo to po niemal nadludzkim wysiłku ze strony Bena i mamy, z wykorzystaniem zestawu ćwiczeń tak zwaną metodą Bobath, w ciągu ostatnich lat udało mu się tego dokonać.

Izaak ma 6 lat i już jest jednym z najmądrzejszych ludzi, jakich znam. Wykazuje ogromny głód wiedzy, przyswaja informacje jak gąbka. Nie zdiagnozowano u niego oficjalnie zespołu Aspergera ani autyzmu, ale przejawia pewne ich cechy.

Wreszcie jest Jacqui, moja mama i spoiwo, która trzyma całą rodzinę razem. Sama nieco ekscentryczna (nie chciałbym nikogo wytykać palcem, ale jeśli chodzi o nasze dziwactwa, to genetyka ma tutaj wiele do powiedzenia), przez wszystkie te lata pracowała niestrudzenie, aby nas utrzymać, dlatego ją oszczędzę i nie wyjawię jej wieku.

Dalsza edukacja

Naszą podróż po edukacji zaczniemy od szkoły. Szkoła jest dziwnym miejscem, pełnym nieznanych twarzy i dźwięków – niektóre z nich możemy zapamiętać, ale zapamiętanie wszystkich graniczyłoby z cudem. Dla kogoś, kto dorasta ze spektrum zaburzeń autystycznych, a zatem również dla jego rodzeństwa, rodziców i opiekunów, może to być trudne miejsce. Z kolei dalsza lub wyższa edukacja może trochę zaskoczyć. W szkole uczą nas faktów i liczb, a do pewnego stopnia również tego, co dobre i co złe. Uczą nas rzeczy, które przyjmujemy za właściwe, a jeśli coś nie jest słuszne, to się tego wystrzegamy. Potem kończymy szkołę średnią i biegniemy w stronę wielkiego neonowego napisu, który głosi: „To nie jest takie proste”. (Przy okazji – to nie jest prawdziwy napis, tylko taka przenośnia. Idealnie udowadnia jednak moje racje, ponieważ nawet język jest czymś skomplikowanym). Kiedy po raz pierwszy odkryłem, że niektóre podręczniki z liceum były pełne błędów lub nieaktualne, przeżyłem szok. Dla nastolatka w szkole średniej słowa nauczycieli są święte, dlatego odkrycie, że mogliśmy wtedy przyswoić błędne informacje, po prostu zaskakuje.

Oczywiście część przyswojonej przez nas wiedzy jest subiektywna, nie oznacza to jednak, że nauczyciele w szkole średniej wygłaszali lub wygłaszają tylko swoje opinie. Bardzo łatwo jest powiedzieć, że wszystko jest subiektywne, ale na przykład bez względu na to, czy wierzysz w grawitację, czy też nie, w najbliższym czasie nie zaczniesz się unosić w powietrzu. Piękno ludzkiej zdolności do nauki polega częściowo na tym, że potrafimy zmienić punkt widzenia na podstawie naszych obserwacji. W szkole uczyliśmy się, że istnieje dziewięć planet układu słonecznego, którego obecnie jesteśmy częścią. Potem odkryto masę planetarną trochę większą od Plutona i trzeba było podjąć decyzję, czy będziemy mieli 10 planet, a może więcej, czy też Pluton zostanie pozbawiony praw do bycia planetą. Odbiegam od tematu, ale chodzi mi o to, że obserwujemy, uczymy się, a następnie modyfikujemy poglądy w wyniku naszych odkryć. W tym sensie dalsza i wyższa edukacja jest czymś niesamowitym – to nie jest zwykła nauka, uczymy się, jak uczyć siebie.

Dalsza i wyższa edukacja, przynajmniej w Wielkiej Brytanii,to różnica między kursami w college’u, takimi jak BTEC National Diploma i A-levels, a studiami pierwszego stopnia, takimi jak licencjat. Główna różnica między tymi dwoma rodzajami edukacji jest taka, że studia pierwszego stopnia i podyplomowe w wykształceniu wyższym opierają się na autonomicznej lub „samodzielnej” nauce. Założenie jest takie, że poza ukierunkowanymi wykładami otwartymi, wiele dowodów potwierdzających wykonywaną przez studenta pracę pozyskuje się samemu. Jest to bardzo nietypowa forma nauki i trzeba się do niej przyzwyczaić, ale daje ogromną wolność. Autonomiczne uczenie się wymaga organizacji czasu i produktywności w jego wykorzystaniu. W szkole lekcje odbywają się każdego dnia mniej więcej w godzinach 9–16, jeśli natomiast chodzi o uniwersytet i do pewnego stopnia również college, to od nas zależy, czy dotrzymamy terminów i osiągniemy swoje cele.

Wiele osób z ASD i dyspraksją ma problemy z kontrolowaniem czasu i zdarza się, że sam nadal się z tym borykam. Dzięki dostępności do płatnych i darmowych programów kontrolujących czas łatwiej jest sobie z tym poradzić. Jednym z największych błędów popełnianych przeze mnie oraz innych ludzi jest nieuwzględnianie czasu wolnego i „wypalenie”. Poza tym jedną z najtrudniejszych rzeczy w trzymaniu się harmonogramu jest to, że czas nie jest linearny. Jeśli ktoś prowadzi aktywne życie, to odkrywa, że jego plan zajęć sam z siebie ulega wielokrotnym modyfikacjom. Ludzie zawsze będą wysuwali żądania odnoszące się do naszego czasu, ale dla osoby z Aspergerem zmiana harmonogramu może być trudna. Rozkład zajęć szybko staje się rutyną, a jeśli zmieniamy jakieś jego elementy, aby uwzględnić na przykład obowiązki domowe lub rodzinne, które spadają na nas nieoczekiwanie, może to być prawdziwy szok.

Bardzo często sekret skutecznego planowania polega na unikaniu zwyczaju trzymania się harmonogramu, wyznaczaniu sobie celów zamiast ustalonych przedziałów czasu. Dla mnie pisanie tej książki i jednoczesne studiowanie wiązało się z nowymi wyzwaniami pod względem ograniczeń czasowych, okazało się więc, że poświęcałem więcej czasu na reorganizację swojego planu zajęć niż na samą pracę. Co więcej, zmagałem się z takimi samymi skutkami ubocznymi, jakie pojawiały się także wtedy, gdy przerywałem swoją „sztywno ustaloną” rutynę; czułem się zagubiony i zdezorientowany, niezwykle trudno było mi też się na czymkolwiek skoncentrować. Kiedy świadomie poświęcałem ten czas na pracę, zupełnie się to nie sprawdzało. W czasie całkowicie poświęconym na określone zadanie czułem się tak niespokojny, że nie mogłem się w ogóle skupić na tym zadaniu. Przekonałem się, że aby to zwalczyć, lepszym rozwiązaniem od wyznaczania przedziałów czasowych na pracę lub powtórkę, czyli na przykład praca od godziny 15 do 17, jest ustalenie płynnych celów. Przykładowo kiedy zacząłem pisać tę książkę, wyznaczyłem sobie czas na pracę od 10 do 17 z jednogodzinną przerwą. Przekonałem się, że jeśli tylko coś naruszyło ten harmonogram, nie potrafiłem się skoncentrować i coraz trudniej było mi skutecznie operować czasem. Teraz moim celem jest napisanie 500 słów dziennie; jest to proste i osiągalne, a co ważniejsze, nie trzyma się sztywnych ram czasowych. Jeśli tylko osiągnę ten cel w danym dniu, oznacza to, że wszystko idzie zgodnie z planem. Tak samo jest ze studiami lub czytaniem; celem może być przeczytanie określonej liczby stron lub odpowiedź na dane pytanie opisowe. Atrakcyjność tego sposobu działania polega częściowo na tym, że funkcjonuje on w ramach istniejącego planu zajęć. W tym sensie wyznaczone godziny pracy stają się bardziej płynne, a jednocześnie nie są one najistotniejszą rzeczą, stanowią jedynie drogę do osiągnięcia zakładanych celów.

Jeśli chodzi o kontrolowanie czasu, to pewnego rodzaju wzorem może być czas wolny. Przede wszystkim nie ma tutaj żadnych półśrodków. Z jednej strony ważne jest, aby tworząc plan zajęć, uwzględnić czas na „defragmentację” i rekreację – upewnijcie się, że jest to czas bez książek, bez pracy, czysty relaks (chyba że ktoś się relaksuje, czytając, wówczas nie odkładajcie książek na bok). Z drugiej strony istnieje możliwość całkowitego pominięcia tego czasu. Nie oznacza to, że wasz harmonogram obejmuje wyłącznie pracę o każdej godzinie, aż zaczną wam krwawić palce i skończycie, posługując się głównie Szekspirowską prozą lub wzorami algebraicznymi. Koncepcja „rekreacji przez zaniechanie” polega na tym, że realizujemy określony cel w ciągu dnia, a resztę czasu spędzamy w dowolny sposób. Wolę tę metodę, ponieważ dobrze wiem, jak szybko mój umysł popada w rutynę, dlatego staram się, aby moje dni były tak nieprzewidywalne, jak to tylko możliwe.

W college’u lub na uniwersytecie można się zwykle spotkać z większą życzliwością niż w szkole podstawowej lub średniej, gdzie etos wsparcia jest pozbawiony komunikacji, surowy, mało elastyczny i, prawdę mówiąc, trochę autystyczny. Będąc na uniwersytecie, przekonałem się, że system wsparcia funkcjonował tam świetnie, a dodatkowo dostawałem dokładnie tyle pomocy, ile mi było potrzeba. Nic jednak nie przychodzi łatwo, chociaż więc można liczyć na pomoc, to trzeba o nią wcześniej poprosić! Brzmi to jak najbardziej oczywista rzecz na świecie, ale kiedy powiedziałem, że mam ASD, dyspraksję i zaburzenie dwubiegunowe, nie wspomniałem, że potrzebuję pomocy oraz jaka dokładnie ma ona być. Chociaż można zapobiec tego typu zdarzeniom, bardzo łatwo jest zapomnieć, że inni ludzie nie wiedzą, z czym się zmagasz, zwłaszcza jeśli chodzi o „niewidzialne zaburzenia”. Wiele razy słyszałem, że na pierwszy rzut oka trudno powiedzieć, że cierpię na ASD, i bardzo dobrze, jeśli jednak ktoś wygląda, jakby nie potrzebował pomocy, to może mieć problem z jej otrzymaniem.

Istotną rzeczą, o której należy pamiętać w przypadku poszukiwania wsparcia, jest fakt, że to ty decydujesz o jego skali. W college’u na wszystkich zajęciach towarzyszył mi koordynator do spraw specjalnych potrzeb edukacyjnych i chociaż przypominanie mi, gdzie miałem się udać w następnej kolejności, było bardzo przydatne, to jego obecność na lekcjach rozpraszała, a to wpływało na moją pracę. Rozmawialiśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że wystarczą same przypomnienia. Poza tym ponieważ bardzo wolno piszę, zamiast kartki i długopisu mogłem używać laptopa. Sedno sprawy polega na tym, że choć czasami może być trudno „podnieść status” i zyskać więcej, niż mamy, instytucje rzadko się upierają, jeśli zmiana wsparcia oznacza mniejsze zapotrzebowanie na fundusze. Podejmując decyzję o rezygnacji z niektórych świadczeń, bądźcie ostrożni, ponieważ ich odzyskanie, kiedy uznacie, że popełniliście błąd, może być problematyczne!

Bez względu na to, jak dobrze zorganizowany jest system wsparcia, mogą się pojawić problemy. Szybkie ich rozwiązanie jest bardzo ważne dla dalszych postępów, zwłaszcza jeśli uniemożliwiają one odpowiednią pracę. Podobnie jak wiele innych osób znalazłem się w sytuacji, że kiedy czekałem, aż jakiś problem sam się rozwiąże, zostałem z zaległościami. Jeśli macie problem, nie zwlekajcie, oczekując, że sytuacja się poprawi! Istnieje niewiele sytuacji w życiu, w których ta strategia się sprawdza. Jeśli coś jest nie tak, zarówno pod względem naukowym, jak i ogólnie w trakcie pobytu na uczelni, koniecznie z kimś o tym porozmawiajcie. Wiele osób ma trudności z wyjawianiem swoich problemów, a jeszcze więcej cierpi z powodu esprit de l’escalier lub „syndromu spóźnionej riposty” – czyli sytuacji, gdy wymyśliliśmy w końcu idealną odpowiedź, ale jest już za późno, aby ją wykorzystać. Jeśli tak jest w waszym przypadku, pomocne może być zapisanie kluczowych słów tuż przed spotkaniem lub nawet całkowite pominięcie rozmowy i kontakt drogą mailową. Osobiście łatwiej jest mi wyrazić myśli pisemnie niż ustnie w bezpośredniej rozmowie; żeby radzić sobie z problemami, podobnie jak w innych dziedzinach życia, powinniśmy wykorzystywać swoje mocne strony.

Bullying

Bullying jest dziwnym zjawiskiem, które wynika z kilku kwestii. Przygotowując ten rozdział, biłem się z myślami, czy go w ogóle dodawać, ponieważ ta książka dotyczy problemów, z którymi zmagamy się w wieku dojrzałym. Im bardziej się zagłębiałem w temat i im więcej zadawałem pytań, tym większą miałem pewność, że jest to nie tylko istotne, ale także absolutnie konieczne. Nie ma znaczenia, ile ktoś ma lat, bullying dotyczy osób w każdym wieku. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że ich to spotyka, dopóki ktoś nie zwróci im na to uwagi. W wieku dojrzałym przemoc fizyczna jest mniej tolerowana, dlatego bullying przyjmuje zwykle bardziej złowrogie formy, których celem jest poniżenie danej osoby. W wieku dorosłym jest formą kontroli; wiąże się z podkopaniem czyjejś wiary w siebie, aż osoba ta czuje się całkowicie bezradna. Im dłużej trwa ten rodzaj przemocy, tym mniej prawdopodobne jest, że osoba ta się zemści.

Bullying bardzo często bierze się ze strachu przed tym, co inne lub nieznane, stąd osoby z ASD mogą stanowić główny cel. Ludzie zwykle nie mają zaufania do czegoś, czego nie rozumieją, dlatego największym zagrożeniem i środkiem zapobiegawczym dla nieco miałkiej kultury tego rodzaju przemocy jest wiedza. Bullying zanika wraz z pojawieniem się empatii; im większa jest świadomość wpływu tego typu zachowań na innych ludzi, tym mniejsza skłonność do ich kontynuowania w przyszłości. Słowa „inny” lub „nieznany” obejmują różnorodne tematy; ludzie są prześladowani za poglądy, nawyki, klasę społeczną czy religię – lista jest długa.

Strach jest okropną siłą napędową. Sprawia, że ludzie zachowują się w sposób, w jaki normalnie nigdy by się nie zachowali. Z własnego doświadczenia oraz doświadczenia innych ludzi wiem, że dręczyciele wykorzystują go jako wyłączną metodę działania. Niektórzy ludzie znęcają się, niestety, tylko dlatego, że dzięki temu czują się ważniejsi, innym natomiast tak bardzo brakuje kontroli we własnym życiu, że czują się zmuszeni do przejęcia kontroli nad życiem obcych ludzi. Trudno jest wyjść poza działania stereotypowego prześladowcy, tej małodusznej osoby, która cię przewróciła w szkole lub wykorzystała każdą możliwą okazję, aby cię zlekceważyć w miejscu pracy, czy też się tobą wysługiwała, gdziekolwiek i kiedykolwiek to było możliwe. Te działania często mogą jednak być tylko próbą podporządkowania, odzyskania pewnej kontroli nad ulegającą trwałemu zniszczeniu fasadą ich życia.

Dręczona osoba może się czuć pusta, pozbawiona dawnej pewności siebie jeszcze długo po zaprzestaniu tych działań. Trudno jest o tym pisać; byłem dręczony przez całe dzieciństwo i część wieku dorosłego, doświadczyłem więc wystarczająco dużo, aby wiedzieć, jak to jest. Nie są to jeszcze zdarzenia tak bardzo odległe w czasie, żebym o nich zapomniał, a nawet, jeśli mam być szczery, wybaczył niektórym odpowiedzialnym za to osobom. Zawsze czułem się inny – nie wyjątkowy, ale niedopasowany – i cały czas dawano mi odczuć, że jest to moja wina. Bullying to tchórzostwo – to popychanie kogoś do granic wytrzymałości, gdzie odpowiedzialność spada na ofiarę, ale jednocześnie powstrzymywanie jej przed osiągnięciem tych granic. Jeśli coś się stanie i dręczona osoba zostaje metaforycznie lub fizycznie „złamana” i jeśli ostatecznie dozna szkody, w wyniku wypadku, samobójstwa, samookaleczenia lub w jakiś inny sposób, prześladowcy  prawie zawsze okazują skruchę – czy to ze względu na autentyczną empatię, filozofię typu: „nigdy nie chcieliśmy, żeby sprawy zaszły tak daleko”, czy po prostu z obawy przed zemstą.

Droga do odzyskania utraconej pewności siebie jest w tym wypadku długa i kręta. Wymaga wielu rzeczy, ale największe znaczenie mają czas i cierpliwość, które pozwolą nam pozostawić ten okres za sobą. W najmroczniejszych chwilach może się wydawać, że już nigdy nic nie będzie dobrze, i właśnie wtedy, gdy noce są najdłuższe, a przysłowiowe demony zachowują się najgłośniej, ważne jest, aby pamiętać, że to też minie. Nie stanie się to z dnia na dzień ani też samoistnie, ale w końcu do tego dojdzie. W przypadku bullyingu równie wielką część procesu odzyskiwania człowieczeństwa stanowi akceptacja. Nie chodzi tylko o pogodzenie się ze swoim losem, z tym, że prześladowcy mają rację, czy też z tym, że już zawsze będziemy się tak czuli. Chodzi raczej o akceptację naszej odmienności i wykorzystanie jej.

Jak to się wciąż dzieje

Tak czy inaczej, kiedy przemierzamy moralne meandry własnego dzieciństwa, w naszych głowach są zaszczepiane pewne wzory i stereotypy znęcania się. Mogą one pochodzić z mediów, od rodziców, nauczycieli, a czasami rówieśników. Tego rodzaju „bierne przyswajanie” ma swoje wady i zalety. Z jednej strony zostaliśmy poinformowani i dorastamy z wcześniejszą wiedzą na temat dręczenia i jego skutków, co jest najważniejszą sprawą, jeśli chodzi o skuteczne powstrzymanie tego rodzaju zachowania.

Gdy dojrzewamy, im większą mamy świadomość tego, jak nasze działania wpływają na innych, nawet te najbardziej niewinne, tym bardziej staramy się unikać tych, które mogą skrzywdzić lub zestresować inne osoby. Druga strona medalu wygląda jednak tak, że negatywne zachowania są przekazywane dalej z pokolenia na pokolenie. Winy naszych przodków stają się winami naszych córek i synów. My jako społeczeństwo przejmujemy w ten sposób różnego rodzaju okropne zwyczaje. Na przykład jeśli chodzi o bullying, argument typu: „to wszystko część dorastania”, jest sam w sobie złym nawykiem, z którego ludzie muszą wyrosnąć, tak jak z dłubania w nosie w autobusie. Nie macie pojęcia, jak bardzo to może być szkodliwe, zwłaszcza gdy tego typu postawa jest promowana nie tylko przez rodziców, ale również przez nauczycieli i pracowników służby zdrowia.

„To wszystko to część dorastania”. Dotychczas starałem się, jak mogłem, zachować choćby częściową bezstronność wobec poruszanych w tej książce tematów, nie potrafię jednak ukryć oburzenia na to godne pogardy sformułowanie. Broniąc się przed tego rodzaju argumentem, bullying najłatwiej porównać z dziecięcym zapaleniem spojówek. (Wyszło to autentycznie, jeśli nie dosłownie, z mojej głowy. Moja głowa to dziwne miejsce). Tej dolegliwości nabawiliśmy się z rodzeństwem w dzieciństwie. Występuje ona często u dzieci, zwykle przebiega dosyć łagodnie i jest łatwo wyleczalna. Nie należy jednak do przyjemnych doświadczeń. Jest to bolesne i niekomfortowe, a nieleczone może doprowadzić do utraty wzroku – w rzeczywistości jest to trzeci najczęstszy powód ślepoty na świecie.

Żaden lekarz przy zdrowych zmysłach, przyjmując kogoś do gabinetu lub miejsca praktyki, nie odmówiłby leczenia, twierdząc, że „to wszystko część dorastania”. Byłoby to barbarzyńskie i naruszałoby przysięgę Hipokratesa. Chociaż nauczyciele nie składają tego typu przysięgi, częścią natury ludzkiej jest to, że ludzie chcą sobie pomagać. Świat nie jest zimnym, ciemnym miejscem; bardzo łatwo można dostrzec zło na świecie, ale jest to tylko rezultat procesu ewolucji. Pamiętając i rozmyślając o tym, co złe, zmniejszaliśmy szanse na przeoczenie czegoś, co może nas zabić. Wtedy miało to sens, ale w dzisiejszych czasach nie grozi nam nieoczekiwane spotkanie z naturalnym drapieżnikiem, dlatego takie zachowanie już niczemu nie służy.
Byllying nie zawsze jest tak bardzo bezpośredni, jak przekonują współczesne media. Popychanie kogoś w szatni, nikczemne wyzwiska i inne tego rodzaju sytuacje nadal się zdarzają, nie są jednak tak częste, jak się to przedstawia. Istnieje wiele rodzajów znęcania się, niektóre fizyczne i bolesne, inne przemyślane, podstępne i przewrotne. Bullying w wieku dojrzałym zwykle różni się nieco od tego doświadczanego w dzieciństwie – dorosły prześladowca, który ucieka się do przemocy fizycznej, ryzykuje kontakt z policją, możliwość kary grzywny, więzienia i wpisu do rejestru karnego. Dlatego osoby takie, zwłaszcza w miejscu pracy, aby kogoś „zastraszyć”, będą zwykle używały bardziej subtelnych metod, uciekną się więc do zniewag, a jeśli dojdzie do przemocy, będą utrzymywać, że była to prowokacja. Ponieważ bullying w wieku dorosłym wygląda nieco inaczej niż w dzieciństwie, poniżej przedstawię różne rodzaje prześladowców i ich zachowań:

- Bierny agresor: taka osoba rzadko okazuje wrogość w bezpośrednim kontakcie, ale możesz być pewny, że zawsze czeka na twoje potknięcie. Nie mówi o tobie w twojej obecności, dręczy cię jednak przeczucie, że robi to za twoimi plecami. Zawsze kiedy popełniasz błąd, obdarza cię szyderczym uśmiechem. Rzadko z tobą rozmawia – jeśli w ogóle – co więcej, językiem całego ciała pokazuje swoją niechęć. W trakcie rozmowy w grupie osób zawsze stoi plecami do ciebie, tak aby wykluczyć cię z kręgu rozmówców. Rozmawiając z tobą, używa słów w ostrożny i przemyślany sposób, przy każdej sposobności podkreślając, że „to nie jest twoje miejsce”. Osoby takie reprezentują szczyt pasywnej agresji. Ustalenie, czy ta agresja jest skierowana w twoją stronę, może być trudne; taka jest istota biernej agresji. Może się wydawać krótkotrwała, jakby nie była wymierzona w żadną konkretną osobę. Aby się przekonać, czy chodzi o ciebie, obserwuj zachowanie agresora w obecności innych ludzi. Tego typu osoba rozkwita, widząc, że jej działania przynoszą skutek – jeśli je zlekceważysz, zwykle się obraża i całkowicie cię ignoruje, posyłając w twoim kierunku jedynie wzgardliwe spojrzenia. Sposobem radzenia sobie z tego typu ludźmi jest lekceważenie ich, ponieważ oni żywią się owocami swoich wysiłków – jeśli nie doczekają się reakcji, czasami mogą zmienić kurs.

- Ofiara: odgrywając w tej sytuacji prześladowanego, osoba ta stanowi prawdopodobnie jeden z najniebezpieczniejszych rodzajów dręczycieli i bez wątpienia najczęściej posuwających się do stosowania przemocy fizycznej. Jeśli lub kiedy do tego dojdzie (a dojdzie, o ile ten rodzaj dręczenia nie zostanie zduszony w zarodku), istnieje duża szansa, że będzie to wyglądało tak, jakby wina leżała po twojej stronie. W sytuacji, gdy mamy słowo przeciwko słowu i gdy ktoś tak sprawnie odgrywa ofiarę, bardzo trudno będzie się zrehabilitować. Doświadczyłem tego jedynie kilka razy i jeśli tylko coś się stało lub wziąłem na kimś odwet, wina zawsze spadała na mnie. Bez względu na to, co robisz, jak bardzo jesteś prowokowany, nie daj się złapać na haczyk i nigdy się nie zniżaj do poziomu dręczyciela – nie wygrasz; przemoc i złość prowadzą wyłącznie do tego samego. Porozmawiaj z kimś, upewnij się, że osoba ta zachowa dyskrecję i postaraj się nigdy nie znaleźć sam na sam z prześladowcą.

- Egotysta: to zarozumiała osoba i niech cię pocieszy fakt, że jeśli zostałeś wyróżniony przez ten rodzaj dręczyciela, oznacza to, że jesteś od niego w czymś lepszy. Atak na osoby, które uraziły ich ego, bywa bezlitosny. Prawdopodobnie osoba ta jest przyzwyczajona do tego, że dostaje to, co chce, a gdy dorastała, obsypywano ją pochwałami, jeśli więc według niej ktoś stanowi zagrożenie dla jej stylu życia, należy się z nim natychmiast rozprawić. Egotyczni dręczyciele, których spotkałem (było ich kilku, ale jeden z nich szczególnie się wyróżniał, jako klasyczny typ prześladowcy-egotysty), byli podli i bestialscy. Bronili swojego terytorium. Od takich typów należy się trzymać z daleka, a jeśli już musimy z nimi rozmawiać, to tematy powinny być lekkie i niezwiązane z ich osobą. W pracy trzeba być dla nich miłym i, jeśli to możliwe, wciągać ich do rozmowy w grupie ludzi. Czasami ten rodzaj znęcania się ma swoje źródło w zwykłej niezdolności nawiązywania kontaktów bez kierowania uwagi ku własnej osobie, coś w rodzaju bufora. Niech będzie wiadomo, że jesteś odrębną osobą, z własnymi cechami i osobliwościami, a nie drapieżcą lub wyzwaniem.

- Jekyll i Hyde: ten opis w istocie obejmuje dwa podobne, ale jednocześnie bardzo różne typy dręczycieli. Przebywając wyłącznie w twoim towarzystwie, osoba ta jest bardzo miła, ale staje się okropna, gdy przebywa w grupie przyjaciół, albo vice versa. Dynamika jest w każdym razie ta sama. Witajcie w stereotypowym świecie doktora Jekylla i pana Hyde’a (tytuł doktora opcjonalny). Miałem kiedyś „przyjaciela”, który był słodki jak miód, gdy rozmawialiśmy tylko we dwójkę, ale gdy pojawiali się jego znajomi, zaczynał ze mnie drwić i obrzucać mnie przezwiskami. Później poprosił mnie, żebym z nim nie rozmawiał, gdy w pobliżu są inni ludzie, bo nie chce „być ze mną widywany”. Trochę czasu minęło, zanim to do mnie dotarło, ale w końcu zerwałem z nim kontakt. Widziałem go później – stał się już innym człowiekiem, nie zamierzam więc chować urazy, ale wtedy czułem się bezwartościowy, bezużyteczny i wadliwy. To ironiczne, ponieważ ten rodzaj człowieka bardzo dba o opinię innych ludzi. Zrobi wszystko, co w jego mocy, aby tylko być postrzeganym w określony sposób. Ten typ dręczyciela bywa bardzo powszechny w późniejszym wieku nastoletnim i ujawnia się zwykle wtedy, gdy ktoś jest nowy w grupie. Ważne, żeby osoby takie wiedziały, jaki wpływ mogą naprawdę wywierać, ponieważ często postrzegają swoje działania jako niegroźne i bez znaczenia. Jak w każdym scenariuszu, porozmawiaj z kimś, kto może się tym zająć, i nie tylko ze względu na karę, ale także dlatego, że istnieje prawdopodobieństwo, że jeśli ta osoba w jednej sytuacji jest miła, a w drugiej już nie, to zdaje sobie sprawę, że jej działania są z natury złe.

- Najemnik: zawsze naśladowca, nigdy lider – na tym polega tragedia Najemnika. Robi to ze względu na ochronę i często po prostu dlatego, żeby ocalić swoją skórę, odciągając od siebie uwagę. Nigdy nie jest sam, ten rodzaj dręczyciela zawsze będzie pomagierem, często jednym z wielu, innego dręczyciela. Dobrą stroną tego rodzaju przemocy jest to, że kiedy samiec alfa – fundament pomagierów – upadnie, oni zawsze upadną razem z nim. Kiedy mówisz komuś o głównym prześladowcy w grupie, nie możesz zapomnieć także o jego „poplecznikach”, bo w przeciwnym razie mogą się wyślizgnąć i dołączyć do innej, równie szkodliwej grupy. Często w tej sytuacji zwrócenie na to czyjejś uwagi może pomóc tej osobie lub grupie osób skupić swoje działania na „dopasowaniu się” w bardziej pozytywnym sensie, a w pewnych sytuacjach zacząć nawet decydować, a nie tylko prowadzić życie polegające na nieustannym naśladowaniu.

- Otwarty agresor: najbardziej niebezpieczny typ dręczyciela, który uważa, że nigdy nie spotka go kara ani odrzucenie za to, co robi. Nie zważając na uczucia, emocje czy po prostu dobro innych osób, działają brawurowo i bezwzględnie. Pozostawieni bez kontroli mogą zniszczyć komuś życie, nie okazując współczucia, a czasami nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie są obdarzeni żadną empatią. W tym przypadku koniecznie musisz komuś o tym powiedzieć i to jak najszybciej.
 

Tyranizując innych, ludzie bardzo często mówią, że „to tylko zabawa” albo „to tylko wygłupy”, jeśli więc tego typu zachowanie wywołuje w was uczucie dyskomfortu, bardzo ważne jest, żeby przede wszystkim kogoś o tym poinformować. Można to zrobić bez uciekania się do agresji.

Niektóre rady na temat obchodzenia się z dręczycielami są naprawdę okropne: od wykrzyczenia „nie” lub „na pomoc, jestem dręczony”, aby ostrzec innych ludzi, przez pokonanie ich w sposób werbalny, pokazując im tym samym ich miejsce, po przyswojenie sobie sztuk walki, dzięki czemu w razie kolejnego ataku z ich strony można być jak Karate Kid. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że zwymyślanie dręczyciela jest zawsze złym pomysłem, i to z kilku powodów: po pierwsze, sami stajemy się rzeczywistym zagrożeniem, a po drugie, krzyk stanowi niezawodny sposób, aby uruchomić czyjąś reakcję „walcz lub uciekaj” – czy chodzi o naszego przeciwnika, czy też nie, jest to coś złego, ponieważ pod wpływem adrenaliny ludzie nie myślą jasno, a tego typu sytuacja może doprowadzić do przemocy fizycznej. Po trzecie, krzyżyk postawiony, gratulacje, właśnie daliście dręczycielowi werbalne (i dosyć głośne) potwierdzenie, że jego zachowanie wywołało pożądaną reakcję. Sprzeciwianie się im lub werbalny atak prowadzą do tej samej konfrontacyjnej reakcji, oznacza to także zniżanie się do ich poziomu. Poza tym jest to również niewłaściwe. Wszystko wskazuje na to, że jeśli to czytacie, to nie jesteście już dziećmi, a dojrzewając, zdajecie sobie sprawę, że świat nie jest jasno podzielony na tych złych i dobrych. Jeśli ktoś dręczy innych, ponieważ sam stracił kontrolę nad swoim życiem i stara się ją odzyskać przez nieprzyjazne zachowanie, w jaki sposób krzywdzenie takiej osoby może jej naprawdę pomóc? Tego typu zachowanie powinno być zarezerwowane wyłącznie dla hollywoodzkich filmów, w których życie składa się z mniej więcej 20-minutowych scen.

Rozdział ten poświęciłem zagadnieniu, jak unikać agresywnego zachowania w zetknięciu z prześladowcami. Początkowo może się to wydawać trochę dziwne. W końcu jeśli to ktoś pierwszy okazuje agresję, to dlaczego by nie zwalczać ognia ogniem? Jeśli chcecie uzasadnienia składającego się z trzech słów, dlaczego to jest naprawdę, ale to naprawdę zły pomysł, musicie tylko spojrzeć na wyrażenie, którego właśnie użyłem. Zwalczać ogień ogniem. Czy taka metoda kiedykolwiek okazała się skuteczną strategią walki z ogniem? Czy widzieliście kiedyś strażaków, którzy wbiegają do budynku wyposażeni w miotacze ognia. Mówiąc poważnie, jeśli zdecydujecie się obrać taką drogę i „zwalczać ogień ogniem”, reagować agresją na agresję, to rezultat będzie dokładnie taki, jak sugeruje to wyrażenie. Wszyscy zostaną skrzywdzeni – wy i dręczyciele – i skończy się to tylko wtedy, gdy już nie będzie czego ratować. Na świecie jest wystarczająco dużo przemocy i agresji; więcej ich już nie potrzeba.

Wiele filmów i programów telewizyjnych zaleca sztuki walki lub techniki samoobrony w celu konfrontacji z prześladowcami, ale bardzo często mija się to z celem. Zwłaszcza sztuki walki uczą samoobrony w sposób dający wystarczającą pewność siebie, aby w większości przypadków nie trzeba było korzystać ze swoich umiejętności. Niedoszli napastnicy często żerują na tych, którzy są od nich słabsi, i zdają się wyczuwać, czy ktoś potrafi sam sobie poradzić. Wspólnie z rodziną przez około sześć lat chodziłem na taekwondo i bardzo polecam tę formę sztuki walki, chociaż nie z oczywistych powodów. Nauczyłem się dzięki temu dyscypliny i samokontroli, jak zachować spokój w sytuacjach zagrożenia oraz co naprawdę oznacza samoobrona – bronienie innych lub siebie w sytuacjach, które nie mogą być rozwiązane w żaden inny sposób, a nie w celu wyrównania rachunków.

Istnieją jednak pewne metody radzenia sobie z dręczycielami, które mają dobre i złe strony, a każdy, kto w swoim życiu doznał tego typu agresji, prawdopodobnie słyszał, najczęściej od osób trzecich, słowa: „po prostu ich zignoruj”. Ta rada napawa mnie szczególną niechęcią, nie dlatego, że jest banałem, ale ponieważ czasami się sprawdza. Problem stanowi owo „czasami”; stało się to czymś w rodzaju ogólnego stwierdzenia i w większości wypadków nie działa. Sęk w tym, że polega to na wycofaniu się ofiary w tłum i zniknięciu z radaru dręczyciela (lub dręczycieli). Dla kogoś ze spektrum autyzmu „wmieszanie się w tłum” nie jest czymś łatwym. Wyróżnianie się z tłumu może być świetne w późniejszym etapie życia, ale w młodym wieku sprawia, że strategia ta jest niemal bezużyteczna. Absolutnie nie mówię, że rozwiązaniem jest konfrontacja, albo że to nigdy nie działa. Problem polega na tym, że ludzie z ASD zwykle widzą świat trochę inaczej, a prześladowcy są ekspertami w wyłapywaniu nawet niewielkich niuansów, które sprawiają, że ludzie są wyjątkowi, i wykorzystywaniu ich do swoich celów. Strategia ta sprawdza się jako dodatek do innych metod, przede wszystkim rozmowy z kimś na ten temat, czekanie natomiast, aż ta fala terroru i zastraszania przeminie, nie należy do najlepszych metod, zwłaszcza że niektórzy ludzie dokładnie wiedzą, gdzie szukać zaczepki.

 Wstecz

Zobacz także

Copyright Difin Spółka Akcyjna | Design: Edit | Wykonanie: Net-Line