Strona główna | Psychologia, pedagogika | (Sekretna) księga asperdzieciaka. Poradnik dla dzieci i młodzieży z zespołem Aspergera
(Sekretna) księga asperdzieciaka. Poradnik dla dzieci i młodzieży z zespołem Aspergera
Autor: Jennifer Cook O`Toole
Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
ISBN: 978-83-233-4387-5
Data wydania: 2018
Liczba stron: 304/B5
Oprawa: miękka
Cena: 45,90 zł 42,69 zł
Dostępność: 24 godziny

Poleć znajomemu

Do schowka

143 wskazówek, jak odnaleźć się w towarzystwie.
Dorastanie to skomplikowana sprawa.  A już szczególnie, kiedy wszyscy dookoła zachowują się w zupełnie niezrozumiały sposób… Doskonale wie o tym autorka, Jennifer Cook O’Toole – w końcu sama przez to przeszła! Ale wy, asperdzieciaki, macie teraz w rękach klucz do wszystkich zagmatwanych zasad i kodów społecznych, z którymi trzeba sobie poradzić.
(Sekretna) księga asperdzieciaka to zbiór odpowiedzi na wiele ważnych kwestii, nad którymi zastanawia się każdy nastolatek z zespołem Aspergera. Zawarte w niej wskazówki, napisane zgodnie z logiką aspich, pomagają budować i utrzymywać relacje z przyjaciółmi, opanować przesadną szczerość i unikać katastrofalnych wpadek towarzyskich. Ten przewodnik, pełen krótkich i dosłownych wyjaśnień, zabawnych ilustracji oraz komiksów, zawiera wszystko, czego potrzebuje młody człowiek z zespołem Aspergera, aby przetrwać trudny okres dorastania!

 „Ta książka jest świetna. (Sekretna) księga asperdzieciaka to triumfalny przemarsz słów, mądrości i inteligencji. Jest to zbiór fajnie przedstawionych, a jednocześnie bardzo ważnych wskazówek, które pomogą wszystkim aspim, niezależnie od wieku, rozwikłać praktycznie każdą zagadkę świata neurotypowców. Uwielbiam!”
Liane Holliday Willey, autorka książek Pretending to be Normal i Safety Skills for Asperger Women

„Czytanie książki Jennifer O’Toole jest jak szperanie w kufrze pełnym skarbów. Dla aspich jest to doskonały przewodnik po zasadach społecznych, a dla nas – świetne przypomnienie, jak wiele spraw wydaje się oczywistych osobom neurotypowym i jak ciężką pracę codziennie muszą wykonywać nasze asperdzieciaki. Jennifer przypomina ukochaną ciocię i najlepszą przyjaciółkę, o jakiej wszyscy moglibyśmy marzyć. Gdybym miała wybrać jedną książkę, którą dałabym swojemu synowi, kiedy będzie dorastał, to byłaby to właśnie ta”.
Rebecca Mitchell, psychoterapeutka (członkini BACP), autorka bloga Loving Martians, mama syna z zespołem Aspergera i neurotypowej córki.

Jennifer Cook O’Toole – tak jak jej mąż i trójka dzieci, ma zespół Aspergera. Jako pracownik społeczny i nauczycielka zajmowała się zwykłą i specjalną edukacją. Przewodnicząca organizacji poświęconej edukacji społecznej Asperkids LLC. Otrzymała m.in. nagrodę Temple Grandin 2012, medal stowarzyszenia GRASP, nagrodę literacką Autism Society, tytuł Kobiety Roku Godivy. Nominowana do nagrody Disneya dla nauczyciela roku w Stanach Zjednoczonych.

Nie znaleziono szczegółowych informacji o autorze

My, aspi, mamy dziwne podejście do zasad. Z jednej strony pod pewnymi względami je uwielbiamy. Działają trochę jak pudełka i pojemniki, które można kupić w sklepach z artykułami gospodarstwa domowego. To włóż tutaj, to tutaj NIE pasuje, a potem odstaw na półkę. W zasadach chodzi nie tyle o to, czego NIE powinniśmy robić, ile raczej o to, co POWINNIŚMY robić. Chronią nas one przed chaosem, zamieszaniem i stresem. Wprowadzają spokój tam, gdzie świat wydaje się nieuporządkowany i nieprzewidywalny. Można powiedzieć, że zasady mogą się stać najlepszymi przyjaciółmi aspiego.

Z drugiej strony może się zdarzyć, że trochę z nimi przesadzimy. „Zasady” zdrowego odżywiania mogą się stać „rytuałami żywieniowymi”, które ograniczają naszą aktywność społeczną. „Zasady” dotyczące pracy domowej mogą zamienić się w perfekcjonizm, który wywołuje w nas wiele niepokoju. Właśnie dlatego podstawową zasadą dotyczącą zasad jest ta, że prawie nigdy nie są one bezwarunkowe. Trochę to zawiłe, ale prawdziwe. Zawsze istnieją pewne zmienne, wyjątki i klauzule zwalniające, ale wiesz co? W tych sprawach każdy się czasami myli.

Problem polega tylko na tym, że my, aspi, o wiele bardziej wolimy, kiedy coś jest „albo/albo” niż „czasami” i „może”. Nic dziwnego, że tak wielu z nas uwielbia różnego rodzaju gry, zajęcia i opowieści o przewidywalnym schemacie i logicznej konstrukcji. Nawet w sferze wyobraźni preferujemy fabuły oparte na faktach i przeciwstawieniu dobro–zło: science-fi ction, fantasy i fikcję historyczną. Cóż mogę powiedzieć? „Może” to po prostu nie nasza działka.

Zauważyłeś już pewnie, że ciągle piszę „my”, a nie „wy”. To dlatego, że ja też jestem aspi. Ale jeśli czytasz te słowa i jesteś asperdzieciakiem, to znaczy, że już zaczęło się dziać w twoim życiu coś bardzo dobrego. Masz to OGROMNE szczęście, że już teraz wiesz, jaki umysł posiadasz. Ja nie miałam świadomości, że jestem aspi, dopóki nie dorosłam i nie dowiedziałam się, że cała trójka moich dzieci (i mój mąż) też ma Aspergera. Oznacza to, że spędziłam trzydzieści cztery lata swojego życia na udawaniu, że jestem taka jak wszyscy inni. A nie byłam. Kiedy dorastałam, byłam „Mózgiem”. Nie było wtedy takich słów jak „aspi” czy „asperdzieciak”, nic poza „kujonem”, „mądralą” i tego typu określeniami.
Kiedy byłam już trochę starsza, mogłam realizować się na scenie. Zaczęłam tańczyć w wieku dwóch lat, więc występ przed setkami ludzi był dla mnie pod wieloma względami dużo łatwiejszy niż przebywanie w pokoju z jedną osobą. Jeśli masz jakiś scenariusz albo układ kroków, to po prostu realizujesz plan. Nie da się za bardzo namieszać – i wtedy dzieje się bardzo dziwna rzecz, a przynajmniej tak zdarzyło się w moim przypadku. Moje prawdziwe ja coraz częściej przebijało się na scenie, a role, które grałam, przenikały do mojego codziennego życia… aż w końcu trudno mi było rozróżnić, kiedy zachowuję się autentycznie, a kiedy udaję. Miałam tak dużo zapamiętanych scenariuszy i zaprogramowanej mowy ciała, że nie tylko „grałam” na tyle dobrze, żeby wtopić się w otoczenie, ale też stałam się kimś w rodzaju duszy towarzystwa.

I powiem ci, że to wszystko zrobiło ze mnie cholernie dobrą aktorkę. Nosiłam w swoim życiu różne kostiumy: strój cheerleaderki, logo bractwa studenckiego, fryzurę afro (w latach 90. to było coś) i stałam się tak dobra w tej „towarzyskiej grze”, że zyskałam sobie przydomek „flirciara”. Wtedy wydawało mi się to całkiem fajne, ale teraz, kiedy patrzę wstecz, widzę, że było to raczej smutne. Nie wiedziałam, że jestem asperdzieciakiem. Wiedziałam tylko, że mam już dosyć drwin, żartów, dokuczania i wykluczenia. Dosyć nocy przepłakanych na myśl o tym, że rano muszę znowu iść do szkoły. Dosyć przerw obiadowych, podczas których ukrywałam się w lesie za murami liceum zamiast spróbować znaleźć sobie miejsce przy którymś stoliku. Kiedy więc dostałam szansę zagrania roli „laski” i „świetnej dziewczyny”, wykorzystałam ją tak, jak się tylko dało – do granic możliwości. Przejście od „mądrali” do„flirciary” odczułam jako awans społeczny. Nie była to jednak prawda, ponieważ tak czy inaczej swoje poczucie wartości budowałam na podstawie etykietek przyklejanych mi przez innych ludzi. Nie miałam pojęcia, jak mogę być autentyczna (trochę mądralińska, a trochę flirciara) i JEDNOCZEŚNIE szczęśliwa. Odgrywałam więc swoją „rolę”, i to całkiem dobrze… ale nigdy na tyle przekonująco, żeby biegle „mówić” językiem osób neurotypowych (NT). Zupełnie nieświadomie wzbudzałam zakłopotanie, zażenowanie i irytację, raniłam kogoś albo sprawiałam zawód. Na studiach, a potem w jednej pracy za drugą, niezależnie od tego, co osiągnęłam czy gdzie udało mi się wpasować, zawsze czułam się jak „pozerka” i tylko czekałam, aż wyda się, że jestem tylko podróbką normalnej dziewczyny.

Wszystko zmieniło się niecałe dwa lata temu, kiedy zostałam zdiagnozowana jako aspi. Okazało się, że nie jestem wcale ułomna, tylko inna. To, że złościłam się na siebie za popełnianie towarzyskich gaf, okazało się równie pozbawione sensu, jak gdybym wściekała się na siebie za to, że mam rude włosy albo że jestem dziewczyną. My, aspi, jesteśmy po prostu inaczej wyposażeni. Bez trudu potrafi my koncentrować się przez wiele godzin na najdrobniejszych szczegółach, które jakby umykały innym ludziom, a rozpoznawanie dobra i zła mamy zakorzenione głęboko w sercach. Bycie aspim nie jest dobre albo złe – takim się po prostu jest. Ja nigdy nie będę brunetką. Ani nie zostanę mężczyzną. I żadna z tych rzeczy mi nie przeszkadza. Nigdy też nie będę neurotypowa. To nie byłoby dla mnie naturalne. I jeśli ty jesteś asperdzieciakiem, to dla ciebie też nie byłoby to normalne.

Zrozumienie tego, że jestem aspi, pozwoliło mi też na wybaczenie sobie błędów, jakie popełniałam na swojej drodze. I to było wspaniałe. Jak stwierdziła moja córka: „To znaczy, że nie jestem po prostu towarzyskim tępakiem”. Nie, nie jest, ja nie jestem i ty też nie jesteś. Ale oznacza to też, że jeśli chcemy poradzić sobie w świecie, w którym umysły większości ludzi działają inaczej niż nasze, to musimy nauczyć się ich zasad. Problem polega na tym, że nikt nie zawraca sobie głowy wyjaśnianiem nam reguł – ludzie po prostu oczekują, że będziemy je „znać”. Uczymy się oczywiście dobrych manier… a przynajmniej powinniśmy. W dużym uproszczeniu – dobre maniery sprawiają, że ludzie wokół nas czują się bardziej komfortowo. Sprawiają, że inni czują się dobrze w naszym towarzystwie – a to z kolei oznacza, że CHCĄ w nim częściej przebywać. No i? Nooo… jeśli ludzie chcą z nami przebywać, to łatwiej jest nam uzyskać pomoc od nauczycieli, zdobyć kolegów do pracy w grupach, zostać wybranym do drużyny na WF-ie, znaleźć partnera na studniówkę, a nawet dostać pracę. Tylko że my, asperdzieciaki, myślimy, uczymy się i bawimy inaczej niż nasi rówieśnicy. Nie rozumiemy więc „manier” – czy też „tajemnych zasad” – tak jak inni.

Logika asperdzieciaka

Pewnie już kiedyś słyszałeś, że dla nas, aspich, świat jest czarno-biały. Nie czarno-biały jak w starych filmach, tylko jak w stwierdzeniach „tak albo nie”, „tu albo tam”, „wszystko albo nic”. Ludzie nie są jednak tacy nieskomplikowani. I nie działają w tak prosty sposób. Właśnie dlatego, kiedy ktoś zrani czyjeś uczucia – przypadkiem albo i nie – trzeba wykonać kilka prac naprawczych, jeśli obie strony chcą się dalej jakoś dogadywać. W świecie, który działa na zasadzie albo-albo, dobro albo zło, jedna strona jest „zwycięzcą”, a druga „przegranym”. Nic dziwnego, że aspim tak trudno jest przepraszać. Kto chciałby być przegranym? Prawda? Nieprawda. Przeprosiny nie oznaczają, że przegrałeś – oznaczają, że relacja z drugim człowiekiem jest dla ciebie ważniejsza niż twoje własne ego.

Dlaczego przepraszanie jest tak ważne?

Wyobraź sobie, że dobra relacja to waga w stanie równowagi. Obie strony są sobie równe. Kiedy jedna osoba rani drugą, „kradnie” jej trochę szczęścia. Szala przechyla się na jedną stronę. Jeśli relacja ma wrócić do stanu równowagi, to ta osoba musi ją naprawić. To są właśnie przeprosiny. I choć nikt nie lubi przepraszać, ja odkryłam pewien sekret, który się za tym kryje: przeprosiny nie są oznaką słabości czy „przegranej”. Jest wręcz przeciwnie.

Przeprosiny nie są łatwe, ponieważ wcale nie mają takie być. Mają sprawić, że poczujemy się skrępowani, a może nawet podenerwowani albo zaniepokojeni. Dlatego właśnie dobre przeprosiny mają taką moc. Niezręcznie jest się przyznać, że zraniliśmy czyjeś uczucia. Niezręcznie jest też „przytrzymać poduszkę” i spojrzeć prosto w oczy swojemu mroczniejszemu wcieleniu. My, aspi, nie jesteśmy mniej warci niż inni ludzie, ale nie jesteśmy też warci więcej.

Czas na… opowieść z cyklu „Moje aspergerowskie życie”
 

Było późne popołudnie, kiedy moja mama wjechała na parking. Wybrałam się z koleżanką na zakupy, a mama miała nas odebrać i spóźniła się trochę, bo jechała prosto od fryzjerki. Coś poszło najwyraźniej nie tak i kiedy po nas podjechała, powinnam była od razu zauważyć dwie rzeczy: jej zaczerwienioną twarz i dziwnie zmieniony głos. Ale nie zauważyłam tego. Byłam zbyt pochłonięta faktem, że jest ze mną koleżanka. Nie wiem, co przydarzyło się mojej mamie w salonie fryzjerskim, ale mruknęła, że nie jest zadowolona ze stylistki albo z fryzury. No i rzeczywiście wyglądała fatalnie.

Nie zastanawiając się, rzuciłam jakiś żarcik w stylu: „Nie dziwię się, że jesteś zła!” i roześmiałam się do koleżanki. Chyba próbowałam być fajna i dowcipna. Chciałam zaimponować tej dziewczynie (naprawdę idiotyczne posunięcie). Teraz nawet nie pamiętam, kto to był. Pamiętam za to reakcję mojej mamy. Rozpłakała się. Nie przyszło mi nawet do głowy, że może się poczuć zawstydzona, tak jak ja, kiedy śmiały się ze mnie inne dzieciaki. Tymczasem najwyraźniej tak się poczuła.

Czasami widzimy, że zrobiliśmy coś nie tak, ale nie bardzo wiemy co. Kiedy indziej, tak jak ja w tamtej okropnej chwili, po prostu zawodzimy na całej linii. Być może właśnie wtedy przeprosiny powinny być najłatwiejsze – nie było żadnych wątpliwości co do tego, kto w tym przypadku popełnił błąd. Ale ja nie chciałam wyjść na przegraną. Chociaż było mi naprawdę, naprawdę wstyd. Moja duma nie pozwoliła mi naprawić tego, co popsułam. Zazwyczaj to ze mnie ktoś się wyśmiewał, a teraz ja zrobiłam to samo mojej biednej mamie. Zaczęłam mówić, że przesadza. Że nie chciałam jej sprawić przykrości. Ale przez cały czas wiedziałam, że zrobiłam źle.
Do czego zmierzam? Przepraszanie i rzeczywiste poczucie żalu to bardzo, bardzo ważna sprawa. W towarzystwie naszych bliskich powinniśmy się czuć bezpieczni. Powinniśmy wiedzieć, że nasze uczucia się dla nich liczą i że w razie potrzeby przyznają się oni do błędu. Ale ważne jest też, żeby i oni czuli się bezpiecznie w naszym towarzystwie. Jeśli nie potrafi my albo nie chcemy wziąć na siebie odpowiedzialności za to, co robimy źle, wzbudzamy w innych poczucie, że nie mogą nam zaufać… a to nie przysporzy nam wielu przyjaciół. Naprawdę dobre przeprosiny pokazują, że widzisz większą wartość w naprawieniu relacji niż w udowodnieniu własnej racji.

Dobre przeprosiny?
 

Dobre przeprosiny to takie, które odnoszą pożądany skutek dzięki właściwemu miejscu i właściwym słowom.

Jakie miejsce jest właściwe?

Odosobnione. Niezależnie od tego, co poszło między wami nie tak, powinno to zostać między wami. Poproś o rozmowę na osobności i twarzą w twarz (zdecydowanie unikaj wysyłania wiadomości czy umieszczania postów na czyjejś tablicy).
Jaki sposób jest właściwy?

Przeprosiny mają znaczenie, jeśli rozumiesz, co zrobiłeś źle i dlaczego przepraszasz. Innymi słowy, musisz dostrzec punkt widzenia drugiej osoby (choć niekoniecznie musisz się z nim zgadzać). Oho! Czekaj. Czyli chodzi o zrozumienie czyichś uczuć? To się nazywa empatia, tak? Tak. Do wszystkich aspich: Uwaga, uwaga! Pułapka! Ponieważ nam, aspim, trudniej jest zinterpretować mowę ciała albo ton głosu drugiej osoby, często nie uświadamiamy sobie nawet, że zadaliśmy komuś ból. To sprawia, że bardzo ciężko jest nam przyjąć odpowiedzialność za popełniony błąd i poprosić o wybaczenie.
Jeśli wydaje ci się, że ktoś jest na ciebie zły, ale nie wiesz dlaczego, zapytaj. Możesz obawiać się odpowiedzi, możesz nawet się z nią nie zgadzać. Ale to, że NIE wiesz (albo udajesz, że nie wiesz), dlaczego ktoś czuje się zraniony, nie likwiduje problemu – to tylko go pogarsza. Podobnie jak strach albo duma, które nie pozwalają ci przeprosić. Nie bój się wyciągnąć ręki i poprosić o rozmowę.

Jeśli widzisz, że popełniłeś błąd, zrób coś z tym. Czy gdybyś podczas jazdy samochodem uświadomił sobie, że przegapiłeś jakiś zakręt, to jechałbyś dalej? Nie. Zatrzymałbyś się, zawrócił i wjechał z powrotem na właściwą trasę. Tak samo powinieneś postępować z ludźmi.
W jednej z moich ulubionych książek, zatytułowanej Wszystkiego, co naprawdę muszę wiedzieć, dowiedziałem się w przedszkolu, autorstwa Roberta Fulghuma, małe dzieci przypominają nam, że wszystkich ważnych rzeczy nauczyliśmy się już dawno temu. Wśród zasad, jakimi się dzielą, są między innymi takie: „Grajcie uczciwie”, „Sprzątajcie po sobie” i „Przeproście, kiedy kogoś zranicie” (Fulghum 2008, s. 12). Jeśli potrafi ą to robić małe dzieci, to my też potrafi my.

Sprawdzona formuła przeprosin

1. Powiedz „przepraszam”. Weź odpowiedzialność. Nie usprawiedliwiaj się i nie próbuj odwrócić kota ogonem. Jesteś tu po to, żeby coś naprawić.
2. Teraz przyszedł czas na ubranie w słowa tego, co zrobiłeś. Staraj się mówić jak najjaśniej i jak najbardziej konkretnie – dzięki temu druga osoba wie, że uważnie wysłuchałeś jej wersji wydarzeń.
3. Punkty dodatkowe! Jak ty byś się czuł, gdybyście zamienili się miejscami? Istnieje całkiem spora szansa, że jest to właśnie to, co ta druga osoba czuje. Powiedz jej o tym.
4. Powiedz, że już więcej tego nie zrobisz. I naprawdę miej taki zamiar. Liczą się czyny, nie słowa. Jeśli mówisz, że nie zrobisz już więcej czegoś, co zraniło drugą osobę, a mimo to taka sytuacja ciągle się powtarza, to znaczy, że tak naprawdę nie żałujesz.
5. Poproś o wybaczenie. Wybaczenie nie oznacza, że błąd odchodzi w niepamięć, ani nawet że znika cierpienie – na to potrzeba czasu. Wybaczenie oznacza, że druga osoba rozumie i wierzy, że naprawdę żałujesz.
Przykład (żałuję, że nie wzięty z mojego doświadczenia!) mógłby wyglądać tak:
„Mamo, przepraszam, że zażartowałam sobie z twojej fryzury i że mogłam cię przez to zawstydzić. Nie będę ci więcej dokuczać. Wybaczysz mi?”.
Równocześnie jeśli komuś zależy na tobie na tyle, żeby szczerze cię za coś przeprosić, to przyjmij te przeprosiny. Pamiętaj o niebezpieczeństwach myślenia w kategoriach „czarne albo białe”, „wszystko albo nic”:

Jeden błąd nie niszczy przyjaźni.

Ty popełniasz błędy, ja popełniam błędy. Sporadyczne wpadki nie oznaczają, że jesteśmy całkiem do niczego (dzięki Bogu!).

Czasami „przepraszam” nie wystarcza

Istnieje kilka szczególnych przypadków, w których samo „przepraszam” nie wystarcza, żeby utrzymać relację:
- Jeśli w relacji z jakąś osobą często musisz przepraszać, to prawdopodobnie nie jest to najzdrowsza sytuacja.
- Jeśli ktoś prosi o wybaczenie, a potem nadal cię rani, to tak naprawdę nie żałuje, niezależnie od tego, jak bardzo upiera się, że „się stara”. Wybaczyć nie znaczy zapomnieć ani też służyć komuś za wycieraczkę.
- Pamiętasz zasadę, żeby się nie usprawiedliwiać? Jeśli druga osoba przeprasza, a potem znajduje sposób na to, żeby ciebie obarczyć winą za swój błąd, to coś jest nie tak. W żadnym wypadku nie jesteś odpowiedzialny za to, że ktoś inny postanowił cię zranić. W żadnym.
- I na koniec – uwierz na słowo osobie, która przez coś takiego przeszła: nikt – nigdy i z żadnego powodu – nie może celowo cię ranić albo sprawiać, że będziesz się bał. Na to nie pomagają żadne przeprosiny. Żadne usprawiedliwienia ani wyjaśnienia. Koniec i kropka.
Nawiązywanie przyjaźni jest, jak kiedyś odkryłam, o wiele łatwiejsze niż ich utrzymywanie. W pierwszym przypadku potrzeba zaledwie kilku rozmów albo wspólnych zainteresowań. W drugim – dużo wysiłku, czasu i wytężonej uwagi. Tak naprawdę to często dowiadujesz się, że zdobyłeś prawdziwego przyjaciela, dopiero kiedy napotykacie na swojej wspólnej drodze przeszkody i udaje się wam pokonać je razem. Trzeba być wielkim człowiekiem, żeby wypowiedzieć to małe – ale potężne – słowo: „przepraszam”. I trzeba być równie wielkim człowiekiem, żeby je usłyszeć i przyjąć. A kiedy już wam się to uda, to nie wracajcie do tego. Zostawcie całą sprawę za sobą i idźcie dalej.


Logika asperdzieciaka

Pamiętam, że tamtego wieczoru mój chłopak zabrał mnie na rolki. Było to trochę śmieszne (ale też fajne) wyjście, bo ja miałam wtedy dziewiętnaście lat, a średnia wieku reszty dzieciaków wynosiła pewnie ze dwanaście. W każdym razie weszliśmy do hali, w której wirowały światła i grała głośna muzyka. Kasjerka stojąca za ladą – bardzo ładna dziewczyna mniej więcej w moim wieku – podeszła, żeby wziąć od nas pieniądze.
„Masz śliczne cienie do powiek” – powiedziałam. No bo miała. Kolory były delikatne i ładnie połączone, a ja, jako dziewczyna, dobrze wiedziałam, że nie jest to łatwa sztuka. Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, niemalże podejrzliwie. A potem, widząc szczerość w moim uśmiechu, też się uśmiechnęła. „Dziękuję bardzo” – odpowiedziała, wyraźnie zadowolona. – „Niedawno je kupiłam”. – „Wyglądają świetnie” – zakończyłam i poszłam ze swoim chłopakiem założyć rolki.
Kiedy wiązaliśmy buty, spojrzał na mnie z wyraźnym podziwem. „Byłaś niesamowita” – zawyrokował. Nie miałam zielonego pojęcia, o co mu chodzi. „Powiedziałaś jej komplement, i to szczery. To nie było pochlebstwo, tylko coś naprawdę miłego”. Wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się. „To nic takiego. Mówię, co myślę”. Jednak, jak się później dowiedziałam, kobiety i dziewczyny rzadko prawią sobie autentyczne komplementy. Tak jakby panowało powszechne przekonanie, że jeśli mówię komuś coś miłego, to albo (1) czegoś od niego chcę, albo (2) jest to fałszywe i uszczypliwe. Paranoja – pomyślałam sobie wtedy. I nadal tak myślę.

Komplementy powinny przypominać drobne upominki. Najwyraźniej jednak jest to o wiele bardziej skomplikowane. My, aspi – zarówno dziewczyny, jak i chłopaki – dodatkowo gmatwamy sprawę. Komplementy skierowane do innych ludzi postrzegamy często jako osobisty afront. Znowu to nasze „ja”, które staje się punktem odniesienia dla całego świata. Psychologowie nazywają to „egocentryzmem” (myśleniem skupionym na sobie). Dla aspich to pułapka. I gwarantuję ci, że jest to też bilet w jedną stronę do smutnego i samotnego życia. Jedno z moich ulubionych haseł z T-shirtów brzmi: „Naprawdę liczę się NIE tylko ja”.

Komplementy skierowane do innych nie są zakamuflowaną obrazą dla ciebie.

Jeśli nauczycielka chwali wiersze innego ucznia, to wcale nie twierdzi, że twoje są złe. Nie jest to moment, w którym powinieneś krzyczeć: „Ale proszę tylko spojrzeć na moje!”. Stworzyłbyś rywalizację tam, gdzie wcale jej nie było, i wyszedłbyś na kogoś, kto nie umie przegrywać. Albo jeśli trener rzucił: „Niezły refleks” do kogoś z drużyny, to nie wyskakuj z płaczliwym tekstem: „Ja też szybko biegłem!”. Nikt nie powiedział, że jesteś ślamazarą.

Jeśli nie jesteśmy w stanie znieść pochwał skierowanych do innych ludzi, to przemawia przez nas nasza własna niepewność. A nie jest to cecha szczególnie pożądana w towarzystwie. Musimy mieć na tyle otwarte głowy, by talenty i zdolności innych ludzi nie wzbudzały w nas obawy, że my sami staniemy się nagle bezwartościowi. Ani nawet mniej wartościowi.

Musisz wiedzieć – a mówię ci to jak aspi aspiemu – że wtapianie się w otoczenie jest dla nas nie tylko trudne, lecz także czasami niepożądane. Może nam się wydawać ostatnią rzeczą, jaką chcielibyśmy w ogóle zrobić. Nauka czerpania radości z bycia członkiem grupy, a nie zawsze wyjątkową jednostką, wiąże się z pewnym ryzykiem. Czy będziemy jeszcze cokolwiek dla kogokolwiek znaczyli?

Odpowiedź brzmi: tak, będziemy, i ty też będziesz… więcej niż kiedykolwiek. Zauważ, że każdy człowiek ma unikatowe talenty, którymi może służyć światu. Nie jest to przypadek. Gdyby każdy z nas był najlepszym malarzem w klasie, to kto śpiewałby na Broadwayu? Gdyby każdy naukowiec był najlepszy z chemii, to kto badałby gwiazdy? My, aspi, często staramy się wyróżnić, bo wydaje nam się, że w przeciwnym wypadku staniemy się niewidoczni. A taka wizja jest przerażająca! Pragnienie, żeby poczuć się kimś ważnym, jest prawdopodobnie jedną z największych sił napędowych tego świata. Nieśmiali aspi wtapiają się więc w tłum i znikają, a ci odważniejsi za wszelką cenę szukają uwagi i podziwu. Ale wierz mi, chwalenie innych ludzi (albo przynajmniej tolerowanie tego, że ktoś ich komplementuje) w niczym nie umniejsza twojego znaczenia. Wręcz przeciwnie – zwiększa prawdopodobieństwo, że inni będą chwalić ciebie. Pamiętasz złotą regułę etyczną? Traktuj innych tak, jak sam chciałbyś być traktowany.

Słynny amerykański pisarz Ralph Waldo Emerson powiedział: „Każdy człowiek, którego spotykam, jest ode mnie w pewien sposób lepszy. Pod tym względem się od niego uczę”. Nie powiedział: „Czuję się przez niego zagrożony”. Albo że musi mu dorównać. Nie, radzi przyjrzeć się uczciwie temu, czego dana osoba może nas nauczyć. Wróćmy do mojej historii – jak zareagował mój chłopak, kiedy skomplementowałam inną dziewczynę? Czy spojrzał nagle na moje cienie do powiek i pomyślał: „Jej makijaż nie jest aż taki ładny”? Czy rzucił mnie dla dziewczyny z kasy? No chyba nie. Był pod wrażeniem, że potrafię docenić talent drugiej osoby bez poczucia, że mój własny jest przez to kwestionowany. Ciepłe słowa dotyczące kogoś innego lub do niego skierowane nie umniejszą twojej wartości, wręcz przeciwnie. Dzięki nim zabłyśniesz pewnością siebie i życzliwością.

Komplementy są jak uśmiechy – im więcej ich rozdajesz, tym więcej sam dostajesz.


Jak powiedzieć dobry komplement

Wymyślenie przyzwoitego komplementu mogłoby się wydawać całkiem proste. Ale wcale takie nie jest. Łatwo jest wypowiadać pochlebstwa – te jednak nie są zbyt szczere. A ogólne pochwały nie mają dużej siły oddziaływania.
Krok 1: Mów o konkretach
„Bardzo ci ładnie w tej sukience” jest dużo mocniejszym komplementem niż „Ładnie wyglądasz”. „To pytanie, które zadałeś dzisiaj na historii, było bardzo ciekawe” brzmi znacznie lepiej niż „Dobrze wypadłeś dzisiaj na lekcjach”. Im bardziej szczegółowo mówisz o tym, co wzbudza twój podziw, tym jaśniej pokazujesz, że zwracasz na kogoś uwagę.
Krok 2: Uzasadnij
Podaj jakieś uzasadnienie tego, o czym zacząłeś mówić. Dlaczego koleżanka wygląda ładnie w tej sukience? „Bardzo ci ładnie w tej sukience, bo podkreśla kolor twoich oczu”. Dlaczego pytanie kolegi było ciekawe? „To pytanie, które zadałeś dzisiaj na historii, było bardzo ciekawe, bo zauważyłeś problem, który nigdy nie przyszedłby mi do głowy”.
Krok 3: Pociągnij dalej
Komplement może być świetnym początkiem rozmowy. Żeby ją podtrzymać, wystarczy, że zadasz pytanie dotyczące tego, co pochwaliłeś. Powiedzmy, że skomplementowałeś czyjąś budowlę z klocków Lego. „Gdzie znalazłeś ten zestaw? Nie widziałem go nigdy wcześniej!”. Albo w przypadku lekcji historii: „Dużo czytałeś o Churchillu (albo o czymkolwiek, czego dotyczyło pytanie)?”.
Cała przyjemność po mojej stronie

Szczery komplement jest zawsze mile widziany i każdemu potrafi poprawić humor. Nie umniejszaj tego zastrzyku energii, kwestionując go albo czując się nim zagrożony. Ty sam również posiadasz wyjątkowe zdolności, którymi możesz obdarzyć świat, nawet jeśli jesteś dopiero na etapie ich odkrywania (ja z pewnością nadal jestem na tym etapie!).
Rozdawaj komplementy szczerze i często. Zdarzy ci się spotkać ludzi, którzy je odrzucą albo będą się wręcz z tobą spierać, ale to już ich problem, nie twój. A kiedy miłe słowa popłyną w twoim kierunku (a na pewno tak się stanie), przyjmij je z klasą, bez ceregieli i zbędnego szumu. Uśmiechnij się, podziękuj i bądź dumny z pochwały, na jaką zasłużyłeś.

 Wstecz
Copyright Difin Spółka Akcyjna | Design: Edit | Wykonanie: Net-Line