Księgarnia Difin - Home Rejestracja Kontakt z Wydawnictwem Pomoc FAQ Mapa strony Twój Koszyk Zaloguj się
Wydawnictwo Difin Serwis podatkowySerwis edukacja
   strona g≥Ûwna | Politologia, socjologia > Stracone szanse? Bilans transformacji 1989-2009 2010-09-02   
Katalog tematyczny

Nowości

Zapowiedzi

Konferencje i szkolenia

Partnerzy

Katalogi wydawnicze

Stracone szanse? Bilans transformacji 1989-2009
redakcja naukowa Jakub Majmurek, Piotr Szumlewicz


Książka jest zbiorem esejów z krytycznej perspektywy ujmujących społeczne, ekonomiczne i polityczne przemiany zachodzące w Polsce od dwudziestu lat. W toczącej się debacie na temat transformacji dominują jak dotąd entuzjastyczne głosy, podkreślające sukcesy przemian. W opracowaniu jest przedstawione inne spojrzenie na polskie reformy.

W ujęciu autorów publikacji konflikty polityczne ostatnich lat koncentrowały się głównie wokół sporów środowiskowych. Za nimi ukrywał się głęboki konsens wobec podstaw ustrojowych, kształtu gospodarki, wizji edukacji i służby zdrowia czy relacji między państwem i Kościołem. Książka ma na celu przełamanie status quo
i przedstawienie alternatyw wobec dominujących interpretacji wydarzeń z ostatnich lat. Krytyczna refleksja nad kształtem dotychczasowych reform mogłaby stać się punktem wyjścia do nakreślenia bardziej sprawiedliwych i bardziej demokratycznych rozwiązań.



Patroni:
      


Informacje o autorach

ISBN: 978-83-7641-075-3
Data wydania: 2009
Liczba stron/format: 224/145 x 205 mm
Okładka: miękka
Cena: 33.00 zł  Przy zamówieniu książki przez internet rabat 10%




Zapoznaj się z fragmentem książki   więcej Zobacz wszystkie nowości



Spis treści:
  
III RP. Próba bilansu
Jakub Majmurek, Piotr Szumlewicz 

Antypolityka społeczno-ekonomiczna, czyli niedobór w gospodarce 2
Grzegorz Konat

Kobiety i praca. Wielkie przegrane polskiej transformacji
Izabela Desperak

Edukacyjny regres
Piotr Szumlewicz

Czy III RP zasługuje na zbawienie? Zarys relacji państwo – Kościół po 1989 roku
Mariusz Agnosiewicz

Ideologie polskiej transformacji
Jakub Majmurek

Ci, co wiedzą lepiej. Pułapki 20 lat dialogu społecznego
Tomasz Żukowski

Feministki wobec transformacji: ewolucja ruchu
Katarzyna Szumlewicz

Społeczność LGBT w nowych warunkach ustrojowych
Dorota Majka-Rostek

Parlamentarna i pozaparlamentarna lewica w Polsce po 1989 roku
Szymon Martys

Bibliografia

Notki o autorach






Zobacz także:

Chamala: Mury runęły, przepaść rośnie

Obecny rok jest rokiem szczególnym, wypełnionym okrągłymi rocznicami przełomowych wydarzeń 1989 roku. Dotychczas wydano w Polsce niewiele książek stanowiących próby bilansu przemian ostatniego dwudziestolecia. Jeszcze mniej było prób ich krytycznego bilansu. Nieustający huk strzelających korków od szampana rozlewanego podczas kolejnych uroczystości na salonach elit III RP, nie sprzyja pogłębionej, krytycznej refleksji. Świętujący beneficjenci nowego systemu nie dostrzegają lub nie chcą dostrzec jego licznych wad, niesprawiedliwości i narastającego rachunku krzywd. Jednak to, że wyobcowane ze społeczeństwa elity ich nie zauważają, wcale nie oznacza, że faktycznie nie istnieją.
Autorzy wydanej przez Difin książki "Stracone szanse? Bilans transformacji 1989-2009" postawili sobie zadanie przedstawienia i oceny przemian w wybranych sferach życia społeczno-politycznego: polityce gospodarczej (Grzegorz Konat), sytuacji kobiet (Izabela Desperak), edukacji (Piotr Szumlewicz), relacjach państwo-kościół (Mariusz Agnosiewicz), ideologiach (Jakub Majmurek), dialogu społecznym (Tomasz Żukowski), ruchu feministycznym (Katarzyna Szumlewicz), środowisku LGBT (Dorota Majka-Rostek) oraz parlamentarnej i pozaparlamentarnej lewicy (Szymon Martys). Nie był to zapewne wybór przypadkowy. Na ich przykładzie można bowiem zaobserwować najjaskrawsze przejawy patologii nowego systemu.

Rodzina na swoim, czyli każdy sobie rzepkę skrobie

Jak dowodzi Grzegorz Konat, po 1989 r. samo pojęcie polityki gospodarczej zostało podważone. Polityka gospodarcza, która w powszechnie przyjętym znaczeniu powinna prowadzić do dobrobytu jak największej liczby obywateli, została zarzucona. Przyjęcie przez rządzące elity neoliberalizmu jako religii panującej, przypominało chrzest Polski przed 1043 laty. Z co najmniej kilku typów współczesnego kapitalizmu arbitralnie wybrano najbardziej drastyczny, antyspołeczny i antyegalitarny, przy czym zachowywano się tak, jakby nie było od niego odwrotu, ani żadnej innej, alternatywnej drogi. Nawrócenie na neoliberalizm było dla naszych elit tym łatwiejsze, że wcale nie wymaga on od rządzących opanowania trudnej sztuki prowadzenia aktywnej i skutecznej polityki gospodarczej. Przeciwnie - brak tej polityki urasta bowiem do rangi pożądanej, nadrzędnej cnoty. Analizując ideologie nowego systemu, Jakub Majmurek wskazuje, że towarzyszyło temu celowe deprecjonowanie roli państwa i społeczeństwa poprzez lansowanie skrajnie indywidualistycznej filozofii prywatyzacji odpowiedzialności, w myśl której każdy troszczy się wyłącznie o siebie i własną rodzinę nuklearną. W rezultacie niezliczone więzy, instytucje i organizacje łączące ludzi poza kręgiem najbliższej rodziny straciły swoje dawne znaczenie.

Alleluja i do przodu!

Po przeczytaniu tekstu Mariusza Agnosiewicza nie mamy najmniejszych wątpliwości, że pozostała w Polsce tylko jedna instytucja, której hegemonii właściwie nikt nie odważył się na serio podważyć. Przeciwnie - pod naporem ciągle nowych żądań i roszczeń bojaźliwie jej ustępowano. Chodzi rzecz jasna o Kościół katolicki. Mimo że spada liczba wiernych i powołań, niezwykle konsekwentnie buduje on swoją potęgę materialną i symboliczną, w czym z cenną pomocą przychodzą mu ulegli politycy i specjalna Komisja Majątkowa Rządu i Episkopatu. Tekst Agnosiewicza czyta się momentami niczym kronikę kryminalną. Jednocześnie stanowi on przygnębiający obraz tego, jak nawet najbardziej wzniosłe idee na naszych oczach raz po raz sięgają bruku. Marmurowego bruku tysięcy nowych, pełnych przepychu świątyń, sanktuariów i hojnie dotowanych przez państwo katolickich uczelni. Polski Kościół nie odzyska już dawnej glorii szlachetnego i bezinteresownego protektora represjonowanej, antykomunistycznej opozycji, stojącego jednocześnie po stronie ludu i dodającego mu otuchy do wytrwania pod jarzmem opresyjnego reżimu. I nie jest to już zresztą jego zamiarem. Lektura tekstu dobitnie uprzytomnia nam, że dziś, wbrew głoszonym przez siebie prawdom objawionym o Królestwie nie z tego świata, Kościół troszczy się przede wszystkim o własne, czysto materialne dobra doczesne.

Przegrana większość

Kościół bezsprzecznie należy do największych beneficjentów transformacji. Izabela Desperak i Katarzyna Szumlewicz udowadniają, że jej wielkimi przegranymi stały się polskie kobiety. Przytoczone przez autorki dane statystyczne mówią same za siebie. Polki w większości nie zdołały zająć miejsc w ekspresie do lepszego, godniejszego życia. Pozostały im poślednie miejsca we wlokącym się pociągu podmiejskim. W ich życiu codziennym są to zwykle miejsca stojące przy pełnym brudnych naczyń zlewozmywaku, sklepowych półkach i ladach, kolejkach do lekarza i pośredniaka. To właśnie tam prawica i Kościół widzą ich miejsce. Te, które mają pracę i chcą ją utrzymać, muszą całkowicie podporządkować swoje życie osobiste i plany reprodukcyjne wymogom rynku i pracodawcy. Desperak słusznie zauważa, że bezwzględnymi dla kobiet pracodawcami bywają także kobiety. W neoliberalnym kapitalizmie nie ma bowiem miejsca na kobiecą solidarność i zwyczajne, ludzkie zrozumienie. Obie autorki w ustawie antyaborcyjnej z 1993 r. upatrują jednego z najważniejszych filarów antykobiecej polityki ostatnich lat. Faktycznie, o ile konstytucja, prawo pracy czy ubezpieczeń formalnie przyznaje kobietom równe prawa, a nawet pewne przywileje, to wspomniana ustawa wyraźnie je ogranicza. I nawet przewidziane w niej, ściśle określone wyjątki od bezwzględnej ochrony płodu, de facto nie gwarantują prawa do aborcji, o czym przekonała się m.in. Alicja Tysiąc.

Lewica i zawiedzione nadzieje

Wprowadzeniu ustawy antyaborcyjnej, zawarciu konkordatu, uchwaleniu przepisów wprowadzających religię do szkół oraz powołujących Komisję Majątkową, czterem kamieniom milowym ustanawiającym hegemonię Kościoła katolickiego w Polsce, nie zdołały zapobiec partie lewicowe. Ich politycy nie mieli dość siły, a nierzadko i chęci, by te akty prawne uchylić lub choćby złagodzić. W książce autorów o poglądach lewicowych nie mogło zabraknąć odniesienia do kondycji partii lewicowych. W przejrzysty sposób uczynił to Szymon Martys. Niestety, refleksje nie napawają raczej optymizmem. SLD przeszło na pozycje centrowe i do tej pory nie odważyło się zakwestionować neoliberalnej i kościelnej hegemonii. Jeszcze dalej w kierunku centrum i neoliberalizmu poszła SdPl, zawiązując koalicję wyborczą z liberałami z Partii Demokratycznej. Pozostałe, niewielkie partie, choć programowo pozostawały wierne ideałom lewicy, zmuszone były startować z list wyborczych SLD, skazując się w przeciwnym wypadku na nieobecność w parlamencie. Smutnym epilogiem do omawianego tekstu stały się mizerne wyniki tych partii w ostatnich wyborach do Europarlamentu.

Potęgi klucz?

Na negatywne procesy w polskim systemie edukacji zwraca uwagę Piotr Szumlewicz. Nieprzemyślane do końca i kiepsko przeprowadzone reformy doprowadziły do pojawienia się nowych form wykluczenia i segregacji uczniów. Raptownie wzrosła liczba płatnych szkół niepublicznych, co przełożyło się na spadek poziomu nauczania. Autor wykazuje, że system edukacyjny, który ukształtował się po 1989 roku, nie przystaje do rynku pracy. Wykreowany celowo przez reformatorów gwałtowny wzrost liczby licealistów, studentów i absolwentów kierunków humanistycznych oraz likwidacja szkolnictwa zawodowego doprowadził do niedoboru inżynierów i przedstawicieli zawodów technicznych, mimo że zapotrzebowanie na nich cały czas rosło. Doszło również do niekorzystnych zmian w programach nauczania. Półlegalne wprowadzenie religii do szkół wywołało ekspansję rytuałów i i symboli religijnych w placówkach edukacyjnych. Nie realizuje się przepisu nakazującego alternatywę dla religii w postaci lekcji etyki, a na dodatek zatwierdzone przez MEN podręczniki do nauki tego przedmiotu zostały napisane z ortodoksyjnie katolickiej perspektywy. Polska jest jedynym krajem UE, gdzie edukacją przedszkolną jest objęta mniej niż połowa dzieci. Doprowadzono przy tym także do radykalnego spadku liczby żłobków. W wielu publicznych szkołach dokonuje się segregacji uczniów poprzez tworzenie oddzielnych klas dla mniej i bardziej uzdolnionych dzieci oraz dla tych, których rodziców stać na dodatkowe płatne zajęcia i tych, których na to nie stać. Okazuje się, że polski system szkolnictwa zamiast minimalizować różnice w dostępie do edukacji jeszcze je pogłębia.

Kto nie skacze...

Sytuację polskich środowisk LGBT badała Dorota Majka-Rostek. Rozpoczyna swój tekst od nakreślenia rachitycznych początków tego ruchu w latach 80. Okazuje się, że ówczesny brak jego sformalizowania postrzegany jest dziś przez homoseksualistów jako zaleta, z wyraźną nostalgią. Wymierzona przeciwko nim, ogólnopolska akcja milicji "Hiacynt" paradoksalnie zmobilizowała ich do oporu i pośrednio przyczyniła się do konsolidacji rozproszonych grup z całego kraju. Po 1989 r. rozpoczął się proces instytucjonalizacji środowisk LGBT. Powstała Lambda, Kampania przeciw Homofobii i inne organizacje. Autorka nie mogła tu pominąć poważnego problemu uprzedzeń i negatywnego postrzegania homoseksualizmu przez polskie społeczeństwo. Coroczne Marsze Równości czy też akcja billboardowa KPH Niech nas zobaczą, niewiele zmieniły pod tym względem. W badaniu CBOS z 2005 roku tylko 4 proc. respondentów odpowiedziało, że homoseksualizm jest rzeczą normalną. Osobnym tematem jest urynkowienie homoseksualizmu, zjawisko obserwowane na Zachodzie od 30 lat i po 1989 roku widoczne również w Polsce. Na kojarzeniu gejów z elementami stylu życia młodych, dobrze zarabiających członków wielkomiejskiej klasy średniej, można świetnie zarobić i czynią to nie tylko wielkie korporacje, ale i zupełnie małe kluby gejowskie. Na szczęście nie wszystkim homoseksualistom ten styl i ten system odpowiada.

Elity vs. przypadkowe społeczeństwo

Tomasz Żukowski w swoim tekście udowadnia, że trudny okres transformacji nie sprzyjał dialogowi społecznemu. Przeciwnie - dialog ten praktycznie zanikł. Z jednej strony mnożyły się nierzadko wręcz irracjonalne formy protestu, zaś z drugiej strony przybierał na sile paternalizm elit. Irracjonalność niektórych protestów społecznych widać wyraźnie na przykładzie sporu o Dolinę Rospudy. Sprowadzono go do skrajnie demagogicznego pytania Co ważniejsze: ludzie czy żaby? Autor, pozostając przy zdaniu, że mieszkańcy Augustowa nie mieli w tym sporze racji, analizuje przyczyny takich postaw i słusznie dostrzega tu winę elit, z ich nieukrywaną pogardą dla buraków ze wsi czy z blokowisk. Już w 1991 roku elity doznały szoku, gdy ich kandydat na prezydenta Tadeusz Mazowiecki przegrał z kretesem nie tylko z Lechem Wałęsą, ale z nikomu w Polsce wcześniej nieznanym Stanem Tymińskim. Już wówczas Leopold Unger na łamach "Gazety Wyborczej" wysyłał miliony jego wyborców na przebadanie. Wzajemna niechęć i niezrozumienie z czasem pogłębiały się. Tymiński ostatecznie nie wygrał, ale pojawiali się kolejni: Lepper, o. Rydzyk, Kaczyńscy, Ziobro - trybuni ludu i jednocześnie obiekty narzekań i kpi n elit i ich mass-mediów. Rolnicze blokady dawno zniknęły z dróg, ale ostatnio zastąpiło je palenie opon, które - postrzegane niczym groźne przestępstwo - stało się symbolem i dyżurnym obrazkiem ilustrującym rzekome zdziczenie i skrajną nieodpowiedzialność związkowców. Wszak to przez nich rządzący byli zmuszeni przenieść obchody swojego święta 4 czerwca z robociarskiego Gdańska do Cesarsko-Królewskiego Krakowa i zabarykadować się na Wawelu. Przepaść między elitami wielkich miast a mieszkańcami prowincji jest bodaj większa niż za czasów Wyspiańskiego - konstatuje Żukowski i trudno nie przyznać mu racji. Niedawne wydarzenia pod PKiN i w KDT wyraźnie pokazały, że dialog społeczny nie będzie już prowadzony i gwałtowne, tłumione siłą konflikty będą coraz częstsze.

Waldemar Chamala, “Le Monde Diplomatique - edycja polska"



Mitologia dyskursu „wokółkobiecego”
Tekst: Izabela Desperak

     Dyskusja nad źródłami społecznego upośledzenia kobiet oraz działania w celu ich niedyskryminacji powinna uwzględniać rolę mitów i fałszywych stereotypów męskości i kobiecości. Mitologie kobiecości i męskości napotkać możemy nie tylko wśród potocznych mądrości ludowych lub dyskursie politycznym.
Nie jest wolny od takiego podejścia też dyskurs naukowy (a właściwie pseudonaukowy). Dyskurs socjobiologiczny, a zwłaszcza jego fragment dotyczący naturalnego i odwiecznego zróżnicowania ról kobiet
i mężczyzn (Dyskurs „Płci Mózgu” – naukowość czy perswazja?, www.gender.lodz.pl/czytelnia) został zaakceptowany na równi z innymi stanowiskami. Prace takie jak Płeć mózgu czy Mężczyźni są z Marsa... znalazły miejsce w bibliotekach akademickich i na listach studenckich lektur! Paradoksalnie, środowiska zaangażowane w objaśnianie zjawiska dyskryminacji i jej zapobieganie czasem odwołują się do tych samych mitów i stereotypów. Środowiska te wytwarzają też i reprodukują własne mitologie.

     Jednym z takich mitów jest mit demokracji jako systemu automatycznie zrównującego obywateli –
i obywatelki. Sufrażystki walczyły o prawa polityczne kobiet, których istotą miało być prawo głosu. Od kilkudziesięciu lat prawem tym kobiety w Polsce dysponują, lecz nie oznacza to bynajmniej równości
w sferze polityki. Jeśli porównać udział kobiet wśród polityków wybieranych głosami obywateli, to na przestrzeni ostatnich lat jest on constans – ostatni peerelowski parlament pochwalić się mógł podobnym udziałem kobiet jak obecny parlament – około 20%. W dodatku ilość niekoniecznie przekłada się na jakość – w peerelowskim parlamencie reprezentacja kobiet składała się z dyżurnych włókniarek, obecnie mamy posłanki i senatorki reprezentujące swoje partie, ale nie interesy kobiet. Ponadto, jak zauważa Małgorzata Fuszara (Udział kobiet we władzy w Kobiety w Polsce 2003. Raport Centrum Praw Kobiet, str. 127), w tych okresach najnowszej historii, w których parlament odgrywa największą polityczną rolę, udział kobiet jest najniższy. Mit o demokratyzacji polityki na skutek udziału w niej kobiet na równych z mężczyznami prawach owocuje mityczną córką – mitem parytetu mającego zapewnić kobietom równość polityczną. Współcześnie uważa się, że parytet, zwiększając udział kobiet we władzy, automatycznie zmniejszy dyskryminację kobiet. Jak wskazuje przykład parlamentu poprzedniej kadencji, ilość nie przekłada się automatycznie na jakość. Najwięcej kobiet wprowadziła do parlamentu Liga Polskich Rodzin, o której reprezentantkach nie można powiedzieć by działały na rzecz zmniejszenia czy zniesienia dyskryminacji ze względu na płeć – bardziej adekwatne jest określenie „kobiety przeciwko kobietom”. Analiza dokonań parlamentarzystek poprzednich kadencji pokazuje, że samo bycie kobietą nie sprawia bynajmniej reprezentowania kobiet jako takich. Parlamentarna krytyka np. projektu ustawy o równym statusie odbywała się także głosami skrajnie antyfeministycznych polityczek.

     Emancypację kobiet kojarzono także z dostępem do edukacji. W tej dziedzinie w ciągu ostatnich stu lat zrobiono wiele. O ile pod koniec dziewiętnastego wieku kobiety z trudem torowały sobie drogę na uniwersytety, to dziś stanowią większość studentek i osób z wyższym wykształceniem. Ten sukces edukacyjny nie przekłada się jednak na sukcesy na innych polach, i podobnie jak dziewiętnastowiecznym absolwentkom uniwersytetów trudno było uzyskać prawo wykonywania zawodu, prowadzenia praktyki lekarskiej, prawniczej, i tak dalej, tak dzisiejsze absolwentki uczelni nie przekuwają automatycznie swych dyplomów na kariery zawodowe. Owszem, wolno im pracować, podobnie jak wolno im głosować, ale w przypadku kobiet dyplom wyższej uczelni w mniejszym stopniu niż w przypadku kolegi – mężczyzny przekłada się na dobrą pracę i płacę. Edukacja jako klucz do kariery – to kolejny mit emancypacyjny. Uniwersalnym parasolem chroniącym – także kobiety – przed bezrobociem miało być wykształcenie. Od początku przemian rynkowych powtarzano, że bezrobocie dotyczy mało mobilnych, niewykształconych osób. Jednak kobiety, które kształcą się na potęgę, odkrywają fałsz tego rozumowania. W ich przypadku inwestycja w wykształcenie nie daje takiej samej ochrony przed bezrobociem, jak w przypadku mężczyzn. Długotrwale bezrobotni mężczyźni rzeczywiście są mało wykształceni i nie posiadają aktualnie poszukiwanych kwalifikacji. Długotrwale bezrobotne kobiety reprezentują dużo wyższy poziom wykształcenia i podejmują kursy mające na celu zmianę kwalifikacji.

     Kolejnym nieporozumieniem jest mit mężczyzn szefów, którzy dyskryminują, często niezwerbalizowane nawet przekonanie, że za dyskryminację kobiet odpowiedzialni są wyłącznie mężczyźni. Niestety, kobiety uczestniczą również w praktykach dyskryminacyjnych, jeśli nie w roli szefów, to jako matki, nauczycielki i wychowawczynie. Same kobiety poddają się też autodeprecjacji i autodyskryminacji, wkraczają do szkół, na uczelnie i na rynek pracy z mniejszymi aspiracjami niż ich koledzy.

     Innym często napotykanym nawet w specjalistycznym dyskursie przekonaniem jest mit kobiet pracujących tylko z przymusu ekonomicznego – utrwalany przez same pracujące kobiety, deklarujące, że główną motywacja jest dla nich motywacja finansowa. Nie mówią tak mężczyźni, bo wciąż, mimo wielu lat gospodarki realnego socjalizmu, motywującej do pracy zawodowej oboje małżonków za pomocą niskich zarobków, nie wypada im się przyznać, że zarobki kobiet pełnią istotną rolę w budżecie domowym. Milczeniem pomija się brak wkładu finansowego mężczyzn do domowych budżetów – gdy nie pracują, mało zarabiają lub przepijają pensję. Ale nawet żyjące w tragicznej sytuacji finansowej bezrobotne wskazują, że poszukują pracy nie tylko z przyczyn finansowych. Pracy poszukują też aktywnie bezrobotne lub absolwentki niemające problemów z utrzymaniem – będące na utrzymaniu rodziców lub partnera. Deprecjonowanie wartości pracy i płacy kobiet wiąże się z mitem mężczyzny jako głowy rodziny, człowieka sukcesu i jedynego żywiciela oraz pracy i płacy kobiet jako uzupełniającej. Obserwacja przemian współczesnej rodziny dowodzi, że takie ‘tradycyjne rodziny’ stanowią raczej mniejszość. Jednak taki sposób myślenia prowadzi do patologii w świecie pracy takich jak na przykład sytuacja nauczycielek, zarabiających na kilku etatach, bo praca i płaca nauczycielki to ta wyimaginowana, uzupełniająca mężowską, czy pielęgniarek po szpitalnym dyżurze podejmujących kolejny – tym razem w domu prywatnego pacjenta.

     Takich mitycznych przekonań organizujących myślenie i dyskusję o sytuacji społecznej i zawodowej kobiet wymienić można by wiele. Wybrałam te, które są najpopularniejsze i pełnią rolę myślowych pułapek, podobnie jak tradycyjne definiowanie pracy kobiet. Pomieszałam tu mitologie potoczne z naukowymi, ale należy zwróci uwagę na to, że mity „naukowe” – np. socjobiologia i jej definicje kobiecości i męskości –
w cudowny sposób podtrzymują istniejący system, a taki sam skutek mogą mieć myślowe błędy niewynikające ze złej wiary, produkowane i reprodukowane przez wszystkich, którym równouprawnienie kobiet leży na sercu. Jako że analizując sytuację zawodową kobiet nie wolno abstrahować od reszty rzeczywistości społecznej, analiza powinna dotyczyć zarówno sfery praktyki społecznej, jak i sfery symboliczno-normatywno-ideologicznej, zawierającej definicje kobiecości i męskości, ich społeczne reprezentacje oraz ideologiczne uzasadnienia.




wstecz


Difin S.A. / O nas